Archiwum - października 2003

Jak patrzę na te blogi, zwłaszcza na ich treść, to dostaję odruchów wymiotnych. Nie wiem, czy to moje odczucie, ale jak czytam większość postów (i to chyba wymuszam na sobie), to po prostu słabo mi, jak myslę o płytkości tych ludzi... Ale to tylko na wstępie, w gwoli pozrzędzenia sobie...

Geniusz - szaleniec. Co ich różni? Co łączy? Łączy praktycznie wszystko. Dzieli jedna rzecz, mianowicie to, że geniusz wie, jak zachować się ze swoją innością przy ludziach, umie ją powstrzymać, szaleniec nie - nie chce, nie potrafi. Nie ważne, to jednak ich tylko różni.

Coś się rodzi, umiera coś, coś we mnie powstaje, coś się zmienia. Tworzę, jakby apogeum, przesilenie tego, co się we mnie znajduję. Więcej nie pomieszczę, trzeba to gdzieś wypisać, wytworzyć...

Dzisiejszy dzień był jednym z normalnych. Buda jak zawsze. Tyle, że mama czekała już drugi dzień na gości. Wreszcie przyszli. Z początku nie chciałem, żeby przychodzili z córką, dziewczyną, której nie widziałem już dłuższy czas, a jak już sięspotykaliśmy wcześniej, to w obecności starych, gdzie nawet nie było można rozmawiać, i w ogóle.

Dziś jednak było inaczej. Przyszła, choć nie pragnąłem tego za bardzo. Trudno, pomyślałem, cośz tym trzeba będzie zrobić.. Usiadła. Spróbowałem przywołać z otchłani pamięci obraz tego dziecka, którym była kiedyś osoba, siedząca obok mnie. Dziecka, które nosiłem w swojej pamięci. Teraz jednak widziałem prawie dojrzałą dziewczynę. W jakiś sposób nie mogłem od niej oderwać oczu. Kiedy próbowaliśmy porozmawiać na jakiś temat, co zresztą często kończyło się ciszą, prawie pożerałem ją dyskretnie, na tyle na ile się da, wzrokiem. Nie mogłem wyjść z dziwnego podziwu, kiedy przypominałem sobie tego dzieciaka, a teraz patrzyłem prawie na kobietę, choć piętnastoletnią. Co będę kryć, że po prostu się na nią gapiłem - nogi, piersi, twarz, nienaganne, skromnie to ujmując. I ten element jakby oderwania się od tego wszystkiego, element zaczepiony na jej ramieniu, kolczatka na czarnej skórze zapinana na pasku, mniej więcej w okolicy nadgarstka.

Na dodatek ciekawie się dość rozmawiało, z tych nielicznych ofkoz zdań wyciągając, zważając na barierę językową, której nei mogliśmy w pewnym momencie przeskoczyć. Cholera, coś mnei tknęło przy tym spotkaniu.

Jendak zauważyłem u siebie brak obeznania w rozmowach z dziewczynami, jeszcze na dodatek z obcokrajowymi, z którymi nie do końca można się dogadać. Tak, czy inaczej nie potrafiłem znaleźć wspólnego tematu, skakaliśmy tylko po jakichś neutralach. Może to moja wina, może nie, nei obchodzi mnie to... Chyba że zaczne znowu bombardować się tą myślą...

Pożegnanie jak pożegnanie, po klasycznym, potrójnym, polskim buziaczku.

Najgorsze jest jednak to, że miałem się jutro spotkać z Izą, ale okazało się, że do niej przyjechała jakaś siostra, czy coś i nici ze spotkania. Jak mnie to wnerwia, takie coś.. Nigdy nie możemy się spotkać, jak są warukni, do tego ona ma wolną chatę... I nic... Boli.

Niedawno byłem u Izy. Zaprosiła mnie na herbatke, czy coś takiego. Poszedłem, miałem ochote. Początkowo się troszkędenerwowałem, jeszcze jak szedłem, ale kiedy tylko przestąpiłem próg jej mieszkanka, od razu zrobiło mi się jakoś lżej. Poszliśmy do jej pokoiku, jak zawsze początki nerwowe... Ale potem było ok, oboje się wyluzowaliśmy, nie było skrępowania podczas rozmowy. Powiedziałbym nawet, że mi się podobało...

Tak czy inaczej dochodzę do różnych refleksji. Jakaś częśc mnie chciałaby się poddać temu wszystkiemu, mógłbym zobaczyć jak to wszystko wyjdzie, poddać sięswobodnie wiejącemu wiatru przyszłości, poczuć jego smak, zapach, jego całe stworzenie. Jednocześnie jakaś mała część mnie wzbrania sięprzed nim, neichce go przyjąć, otwiera mój mimowolny parasol, ochrania przed możliwością krzywdy.

Najgorsza jest jednak ta szara część, która pozostała pomiędzy dobrem i złem, czarnym i białym. Ta szarość mnie rozbija, rozbijała od środka, wypalała po trochu, toczyła jak rak schorowane ciało, powoli i konsekwentnie, zadając ból...

Każdy człowiek na swojej drodze musi napotkać na znak. Na drzewo wiadomości złego i dobrego i odczytać tą prawdę, do której dosięga umysłem. Ja dosięgnąłem do miejsca, które mówi, żebym podjął drogę trudniejszą i bardziej wyzywającą.

Siedząc na gegrze i kilku innych przedmiotach z dziewczynami, człowiek zaczyna poznawać życie w troszkę inny sposób. Niedawno było PP, jak zawsze lekcja luźniejsza. Rozmawialiśmy sobie w ławkach, jak zresztą zawsze. W pewnym momencie, Monika spytała, czy kiedyś będę o niej pamietał. Nie było w tym jednak takiego wydźwięku, jak mogłoby sięto wydawać. Nie była to chwila, w której wszsytko zamiera i następuje wyczekiwanie na odpowiedź, która tak wiele znaczy. To było zwyczajne pytanie, tak też je odebrałem. Zwyczajnie. Odpowiedziałem jej, że jeżeli o kimś będę pamiętał z tej zawszonej budy, to właśnie o niej. Normalna odpowiedź.

Widzę jednak, że przez te kilka lekcji w tygodniu, kiedy siedzę na tamtym miejscu, coraz bardziej poznaję kobiecą nację i tą jedną, chyba tylko jedną prawdziwą dziewczynę, jaką spotkałem w swoim życiu.

Nie napiszę teraz kogo, bo to raczej wiadome, zresztąto ma być wiadome dla mnie, a ten "kto pozna moich myśli tajnię", będzie naprawdę cenionym przeze mnie człowiekiem. Nie będę pisać tych wszystkich superlatywów, gdyż jak lekko sięgam pamięcią, cały chyba ten blog opowiada w taki sposób o Monice. I weź tutaj człowieku kryj przed sobą swoje uczucia. Może własnie blog to narzędzie, żeby poznać siebie? Oczywiście mozna z tego zrobić niemalże czat, można zrobić z niego poczytajkę dla znajomych, ale kiedy nikt nie wie o jego istnieniu, a przynajmniej nie zna adresu, daje to wiele możliwości. Można się otworzyż przed samym sobą, bez żadnych konsekwencji. Tak też robię.

Jednak nie chcę używać nawet tutaj, na piśmie, przelewając myśli, tych wielkich słów, jak miłość, czy "kocham ją/cię". Denerwuje mnie to, jak widze, że ludzie np. w blogach smalą takie texty na prawo i lewo. Żal mi ich.

Mam nadzieję, że niedługo poznam prawdę. Odnośnie Moniki.

Trochę myśli ostatnio mi naleciało na potylicę. Aż nie wiem od której się zabrać.

Ok, może od najbardziej aktualnej. Niedawno, tj. wczoraj rozmawiałem z Sylwią na gg. Była po prostu przybita. Dziewczyna nie wie w ogóle, czego chce w życiu. Miała ciężki okres jezeli chodzi o związki. Z tego, co się dowiedziałem to ona jest jeszcze bardziej skomplikwana, niż myślałem. Oczywiście postrzegałem ją jako kogoś inteligentnego, ale nie przypuszczałem, że jest tak psychicznie rozbita. Powiedziałaa mi, że ten jej men słyszał od kogoś, jak ona się z kimśp rzytulała, bez żadnych tam perwersów, czy czegoś niewłaściwego w jej stanie. Koleś jednak odebrał to niewłaściwie i się zleksza wqrwił. Podobno potem ona wraz ze swoją paczką miała iść do jednej knajpki, gdize miał być ten jej koleś. Zapytałęm dlaczego nie chce tam iść. Odpowiedziała, że właśnie dlatego, że on tam będzie. W dalszej rozmowie dowiedziałem się, że tak naprawdę jej na nim nie zależy, ale ten związek miał być jakby lekiem na ten stan, który ją wtedy gnębił. Dziewczyna czuła, że kogoś jej brakuje, kto by się nią zaopiekował, komu by na niej zależało, itd. Po prostu potrzebowała kogoś na gwałt. I rzeczywiście sobie znalazła kogoś, ale czy to rozwiązuje sprawę? Zabawiła się chyba nim - była z nim po to, aby zaspokoić swoje egoistyczne potrzeby. Wychodzi teraz moja, a raczej lekko moja, będąca w fazie projektów, teoria odnośnie miłości, czy tego uczucia, pod które wiele rzeczy podpinamy. Czym w tym przypadku była miłość? Zwyczajnym zaspokojeniem swoich potrzeb. Nie zawacham się porównać tego do jedzenia, picia, czy sikania. Tak samo jak potrzebujemy tych poprzednich, tak też potrzebujemy, aby ktoś nas przytulił, powiedział, że będzie ok. Więc miłość to nic innego, jak "zrobienie sobie dobrze". Wielu się nie zgodzi. Dlaczego? Prawda boli. Prawdy wielu się boi, dlatego, że nei chcą stracić swojego utopijnego mniemania o tej holywoodzkiej, wyimaginowanej miłości, gdzie to para zakochanych może przetrwać wszystko, jeżeli tylko są razem. Żywią się miłością, za schronienie służą im swe ramiona. Jasne...

Być może mylę się. Sam chciałbym tego. A może prawda jest taka, jaką ją chcemy widzieć?

To właśnie nawiązuje do drugiej rzeczy, jaką chciałem poruszyć.

Na początku roku szkolnego, a raczej na krótko przed chciałem na chwilę pobyć sam. Przed kompem myslałem, jak to będzie w tym roku. Nawiedzały mnie różne myśli. Ofkoz negatywne. Wiedziałem, że tak będzie. Ale nic, posiedziałem, pomyślałem. Potrafię w takich chwilach odnaleźć w sobie jakąś dziwną siłę, która pozwala mi znieść wiele i wiele przetrwać. Napędza mnie w dziwny sposób, ochrania przed całym krążącym wokół syfem. Jednak ostatnio, wlaśnie przed rozpoczęciem roku, to zadziałało jakoś ze zwielokrotnioną siłą. Miałem przez jakieś dwa tygodnie dobry humor. Nie przejmowałem się niczym. Jeżeli w szkole cośsię wydarzyło nie zwracałem na to uwagi, jeżeli się wygłupiłem, nei zwracałem na to uwagi, jak poszło coś dobrze, nie zwracałem na to uwagi, po prostu nie wracałem w przeszłość. Bardzo mi to pomogło, człowiek się wtedy uspokaja. Uwalnia się od całej rzeczywistości. Odleciałem bardziej, niż przez dwa miechy wakacji.

Coś podobnego poleciłem Sylwii. Jednak jej to podobno wyszło "częściowo". Chyba będę musiał nad tym dłużej popracować i po prostu opisać. Tak czy inaczej z tego wszystkiego wychodzi jedna zasada i chyba główna konkluzja całego przedsięwzięcia: szczęście powinno wychodzić z wewnątrz, a nie zewnątrz.

Dziś, kiedy siedziałem w budzie na ostatniej lekcji jedna z qmpel siedzących z tyłu poprosiła o książkę, bo niby nie miała. Kiedy mi ją oddała, obadałem, że wystaje jakaś kartka. Wyjąłem ją i na łos zacząłem czytać, ale po chwili zreflektowałem się, że lepiej będzie przestać, choć dwie dziewczyny, z którymi siedziałem, nalegały, żebym dał im przeczytać. Schowałem kartkę. W domu ją przeczytałem ją w miejscu raczej mało romantycznym. Było na niej coś takiego: " Drogi ****! Piszde ten list, opnieważ od pewnego czasu zaczęłam patrzeć na Ciebie z innej perspektywy. Zaczęłam dostrzegać Twoje walory i w ogóle. Czuję, że coś zaczyna zmieniać się we mnie w stosunku do Twojej osoby. Kiedy widzę Cię, moje myśli napełniają się Tobą. Chciałabym Cię bliżej poznać, a może nawet coś więcej. Co Ty na to, abyśmy się kiedyś spotkali i zobaczyli jak to jest czuć nagie rozgrzane ciało pod sobą. Łączyć sięw rytmicznych ruchach naszych nagich ciał. Jestem pewna, że to byłby napewno namietny stosunek, który pochłonąłby nas do reszty. Co o tym sądzisz? Czy chciałbyś tak spróbować?"

Jak dla mnie treść trochę nędzna, za mało hardcore`u :). A tak na serio potrafięjeszcze obadać, że to jakieś niezłe jajka. Nei chce mi siętego na blogu analizować, ale widzę, że mam nieźle śmiechowe panny w swojej klasie. Jezeli jednak ten liścik był na serio, to osoba go pisząca naprawdę nie ma w tym wprawy.

Ok, gdzieś tutaj zachwiałem początek dotyczący 3 myśli, czy iluś tam. Nic..

Na dzisiejszym projekcie, w którym jestem zrzeszony opowiadaliśmy o swoich pomysłach. W sumei mojego tematu nie wybrano, nawet dobrze, ale się dobrze bawiłem. Pamiętam, jak staliśmy przed wejściem do klasy i qmpel zabrał Monice jakieś tam pierdułki, które kupiła w sklepie sobie. Jak to w jej zwyczaju, przytuliła się do kogoś. Akurat wypadło do mnie. Zawsze robi to tak słodko, taki "słodki dzieciak z niej". Potem, kiedy już weszliśmy do klasy, kiedy już przedstawiłem swój pomysł, często na nią spoglądałem. Czemu? Nie wiem, po prostu. Lubię na nią patrzeć. Nie, żeby była jakaś super ładna, ale uspokajam się, kiedy na nią patrzę. Ona zawsze się uśmiecha, keidy na niąspoglądam, ja zresztą też nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Lubię ją. Może to coś więcej, czego się boję? Może w natłoku zauroczeń nie widzę czegoś, co jest w zasięgu mojego wzroku, a czego się boję? Miłości? Może...

Dla równowagi powiem, że Majka na mnie zaczęła szczekać. Jakby nie miała co robić, zachowuje się, jakbym coś jej zrobił. Okres jak nic :P

Koniec na dziś. Potrenuję dalej mój dobry humor.

sprewell | die | kobaycol | xyz-back | odchudzam-sie | Mailing