Archiwum - listopada 2003

Początek zapowiadał się normalny... No, prawie normalny... Nie poszedłem na pierwszą lekcję, co zdarza mi się dość nieczęsto. Na angolu pisaliśmy sobie kartkówę ze słówek jakichś pojobanych. Potem poszedłem z kumplami załatwiać sprawy z jednym przedsięwzięciem w naszej szkole... Takie tam samorządowe duperelki. Na gegrze wyprosiliśmy babę, żeby nie robiła kartkówy, bo niby nic nie umiemy. Suma sumarum to to, że siedzieliśmy przez całą lekcję.

W pewnym momencie moja wychowawczyni powiedziała coś, że nie potrafi czegoś zrobić z jednym programem, coś chciała wydrukować, a "cośtam". W sumie prosta sprawa, ale baba strasznie lamowata. Zrobiłem to w jakieś 2 minuty. Ofkoz sprawa nie była zakończona. Skoro siedziałem wcześniej na jednym z kompów w bibliotece, to ofkoz wykorzystałem sprawe i zmieniłem parę dupereli w celu zareklamowania swojej stronki o LO. Ofkoz baba to wypatrzyła (zmieniony fakt), i siędo mnie przypierniczyła, że coś tam zmieniłem. Pomachała mi kartką z jakimś drukiem, na którym był regulamin używania kompów... Dajcie spokój, jak tam trzeba się zapisywac w zeszyciku, jeśli się korzysta z kompa. Czysta paranoja. Tak czy inaczej baba próbowała ze mnie to wycisnąć, mianowicie to, że zmieniłem startówkę, ale się nie dałem... Wiedziałem, że jeżeli wyjdzie na jaw kto jest autorem, cały mój rodzący się underground legnie w gruzach. A tego nie chciałem.

Potem na matmie obadałem, że qmpela, z którą siedziałem w ławce jest jakaś nieswoja. Rzuciłem jej text, żebyśmy porozmawiali. Ona wstaal i zaczęła iść w stronę baby, powiedzieć jej, że chce wyjść. Poszedłem za nią, choć trochę dziwnie się czułem, wychodząc w trakcie lekcji, żeby porozmawiać z koleżanką. Miała jakieś sprawy sercowe, zaczęła mi mówić o tym wszystkim mówić. W pwnym momencie powiedziała, że i tak pewnie wiem o kogo chodzi. Pomyślałem, ale nie mogłem dojść. No nie wiem, czy ja coś przeoczyłem, czy coś, ale nie wiedziałem o kogo jej chodzi. Jakby nie patrzeć mam nadzieję, że nie o mnie. Potem z klasy wyskoczyła baba. Qmpela po chwili zaczęła z nią gadać. Ofkoz skończyło się płaczem. Postałęm z nią jeszcze jakiś czas, aż się uspokoiła. Poszliśmy do klasy.

Końcem dnia było to, że baba z polaka powiedziała, iż kończymy wcześniej lekcje. Cud.

Między tymi wszystkimi zdarzeniami, plątaniną losu, nici ludzi w jednym momencie, gdzieś pośród tego zgiełku była jeszcze moja Miłość. Obserwowałem ją, rozmawiałem. Cieszyłem się, kiedy widziałem uniesione kąciki jej ust... Zakochałem się po uszy... Ciekawe, jak ona mnie teraz odbiera...?

Strasznie mieszane uczucia. Różne.

Dostałem dziś list od siostry, znaczy po prostu przysłała go, nie koniecznie tylkodo mnie. Teraz siedzi w Niemczech, jest w pracy w jakiejś knajpie. Podobno nie jest ciężko, z tego co pisze ofkoz. Napisała, że niedługo przyjeżdża, w sumie wiedziałem, ale miałem nadzieję, że zostanie tam dłużej. W sumie w dalszej części listu napisała, że prawdopodobnie pojedzie tam mniej więcej tydzień po przyjeździe do domu, bo koleżanka koleżanki, tóra załatwiła jej pracę nie może pojechać, więc my sister pojedzie znowu. W sumie się cieszę, bo będę dalej mieć własny pokoik, moje własne cztery ściany, w których mogę się zamknąć i bombardować się różnymi myślami. Z drugiej strony mam lekkie wyrzuty sumienia, że ją tak w sobie "wypędzam"... Dziwne...

Rozmawiałem kilka dni temu z Izą na gg. Chciałem się dowiedzieć jak to jest z faktem, że "ktoś się jej podoba". Doczytałem się o tym na blogu, ofkoz jej. Nie powiem, że nie rozmyślałem możliwości "bycia z nią", jednak jak teraz to pisze, to wydaje mi się, że te słowa ją przerastają. Nie wiem w jakim świetle stawia mnie to stwierdzenie, ale tak mi się wydaje. Chciałem delikatnie wypytać o to, czy chciała być ze mną. Z tego co się dowiedziałem, po prostu za bardzo hm.. jakby to ująć...? Za bardzo uwierzyłem słowu pisanemu. Może nieporozumienie, może coś na pograniczu podrywania i zostawiania... Jednak jakiś czas temu miałem mały dylemat, co zrobić z Izą i Moniką, jako dwoma przeciwstawnymi siłami w moim życiu. Teraz widzę, że spór był bezpodstawny... Nawet dobrze, ale troszkę mnie to zdziwiło. Nie mozna się bawić czyimiś uczuciami. Just confused.

Niedawno rozmawiałem na gg z jedną znajomą. Dość często jej pomagałem rozmową, jeżeli tego potrzebowała. Często mi się zwierzała. Imponowało mi to z tego względu, że chyba nie każdemu się mówi o swoich problemach, tym bardziej sercowych. Ogólnie poruszaliśmy bardzo głebokie tematy. Niedawno znowu mieliśmy jedną z poważnych gadek. Po niej jednak coś sięzmieniło w sprawach tej osoby. W umie dobrze, ale nie lubię, kiedy odstawia się (mnie?) na dalszy, niemalże ostatni tor. Chyba nie ubięgrać drugich skrzypiec, a co tutaj mówić o takiej sprawie, że nawet na gg nie można porozmawiać, bo... Ech. Kobiety. Jeszcze przed chwilą Iza wyskoczyła do mnie z textem, że chciałaby zostać sama... Ok, nie ma z kim pogadac nawet... Just lonely.

Na koniec oczywiście zostawiam swoje szczęście. Pomimo tego, co się dzieje, tego całego syfu dookoła mnie, którego przedstawiłem tutaj tylko część, wiem, że zawsze mogę powrócić do tego uczucia, które jest we mnie. Jednak i z tym nei jest tak do końca dobrze... Kiedy dziś po lekcjach klasa szła się ubierać, po jakiejś chwili zostałem w boksie tylko z Moniką i kolesiem z klasy. Podszedłem do niej. Chciałem jej zawiązać szalik na szyi, jednak ona się raptownie odsunęła, jakbym chciał ją skrzywdzić. Dziwnie się poczułem. Jak jakiś intruz. Zapytałem dlaczego tak zareagowała, odpowiedziała, że nie wie. Tak czy inaczej dziwnie... choć nadal powracam do tej roześmianej buzi w myślach...

Confused, lonely, but with great hope for better future...

No i stało się. Wypełniło.

Wyszedłem na spotkanie około 17. Posiedziałem moment na ławce, choć pogoda nie sprzyjała. Padała dość niemiła mżawka. Po niedługiej chwili zobaczyłem Monikę. Trochę mnei zdołował widok dwóch kolesi, z którymi szła - pomyślałem, że będą z nami iść do końca, co oznaczało totalną porażkę dla mojego "planu". Jak obadałem po chwili, jeden z nich to kolo, z którym kiedyś chodziłem na kickboxing. Myślałem, że to znowu jakiś nażelowany koleś, czy coś w tym stylu. W sumei koło niej jawi się wiele osób, nei dlatego, że jest jedną z "tych" dziewczyn, ale chyba to jej charakter...

Po kilku chwilach rozmowy dwójka "wrogów" odłączyła się od nas, poszli przodem, a ja zostałem tylko z Nią. Myślałem, że odprowadzę jądo domu - w sumie dziewczyna po całym dniu, wracająca właśnie z dodatkowego angola. Jednak idąc sobie i zatapiając się w rozmowę, która totalnie do niczego nie prowadziła, poszliśmy dalej, nei skręcając do niej, a szliśmy w kierunku jeziora. To chyba jedno z "takich" miejsc, gdzie łatwo się rozmawia. Poszliśmy spokojnie, rozmawiając o ludziach z klasy, o jakichś pierdołkach. Miło było, muszę przyznać, choć nie przepadam za takimi rozmowami. Po prostu mnie nudzą, nawet, jak moja ex mówiła o tych wszystkich pierdołkach, wyłączałem się, jednocześnie próbując chłonąć to co mówi, za bardzo się nie przemęczając ciągłą "paplaniną". Tutaj było troszkę inaczej - choć Ona mówiła ciągle jakieś rzeczy mało dla mnie istotne, w jakiś sposób bawiły mnie. Nie czułem się rozbawiony, ale... szczęśliwy. Sam nie wiedziałem dlaczego. Znikła mżawka, nie czułem chłodu.

Doszliśmy nad jezioro. Panowała prawie całkowita ciemność. Stojąc na tarasie, szłyszeliśmy w oddali pomostu rozmowę jakiejś pary. Nie przeszkadzała... mi przynajmniej. Chciałem w jakimś momencie porozmawiać o tym, co mnie bolało przez jakiś dłuższy czas. Jednak z jednej strony nie wiedziałem jak zacząć, z drugiej nie dawała mi dojśćdo głosu. Postaliśmy nad jeziorem jakiś czas, porozmawialiśmy. Miło.

Wracając z jeziorka, Ona powiedziała, żebym zaczął wreszcie coś mówić, bo jej głupio, jak ciągle tak nawija. Odpowiedziałem jej, że jak zacznę, to tak zgaszę rozmowę, że nic już nikt nie powie. Powiedziała, że przeczuwała to, że temat zejdzie na coś takiego. Wszak nei wyciągałbym jej na zimno, gdyby nie chodziło o to. Powoli naprowadzałem ją na temat, nei chciałem jednak skakać z pełnym asortymentem textów na sam początek - jeszcze by mi się biedactwo moje słodkie przestrzaszyło...

Opowiedziała mi o swoim zaskoczeniu, że nie spodziewała się czegoś takiego ode mnie, że słyszała, że ja niby mam się do G. z klasy, chocnie wiem dlaczego. Podobno takie ploty chodziły. Nieważne.

Rozmawiając z niąna "te" tematy czułem się dziwnie dobrze. Czułem swobodę w dobieraniu słów, jakbym się nie denerwował. Wiedziałem, że Ona mnie nie skrzywdzi, a jeżeli to zrobi, to tak, że nawet tego nie zauważę. Słyszałem kiedyś, że przy kolejnych dziewczynach TE rozmowy wychodą coraz lepiej. Rzeczywiście, ale nie tylko od naszego doświadczenia zależy, czy rozmowa się powiedzie, czy nie. W większej mierze zależy to od człowieka, z którym rozmawiamy. I kiedy wcześniej, z ex rozmawiałem o tych wszystkich górnolotnych rzeczach, czułem się jak uczniak przed ustnym sprawdzianem - zaliczę, czy nie? Jaka wielka metamorfoza nastapiła - czeropałem z samej tej rozmowy tyle radości. Wiedziałem, że spełniłem to, co zaplanowałem, że nie dałem dupy. Powiedziałem, co do niej czuję. Normalnei o tym rozmawialiśmy, jak dorośli ludzie, nei jak dzieci, jak młodzież, ale jak dorośli, świadomi tego, co takie uczucia niosą, co mogą przynieść i co można z nimi zrobić. Qrna, poczułem się normalnie dowartościowany, jakby na równi z innymi "czującymi", nawet wyżej. To co czułem zostało zauważone przez nią. Poweidziałem, poczułem się dumny. Z siebei i z Niej.

Co ciekawe nie było to odebrane w jakiś agresywny, raptowny czy inny, niedobry dla mnie sposób. Porozmawialiśmy, dowiedziałęm się, że się tego nie spodziewała. Nie motała się w tym, co ma powiedzieć - po prostu powiedziała, że nie wie co mówić. Odpowiedziałem, że nie chcę, żeby coś mówiła, po prostu chciałem jej to powiedzieć. Chciałem powiedzieć co czuję, bez żadnych zapewnień, bez słów od Niej. Jednak nie powiedziałem jej w pełni wszystkiego. Pewnie by się przestraszyła. Dobrze jest tak, jak zostało.

Odprowadzając ją do domu, dalej prowadziliśmy rozmowę z pogranicza powagi i... powagi ;) Takie szczere rozmowy we dwoje wiele dają, napewno mi.

Naj... hm... bardziej charakterystyczne...? Może najbardziej zapamiętane przeze mnie było jednak zakończenie. Staliśmy pod jej domkiem, rozmawialiśmy o różnościach, raczej głupotach... Powiedziała, że dość głupio... Rzeczywiście, trochę tak było. Choć nie wiem czemu. Zasady gry zostały określone, przynajmniej na krótki czas.

W pewnym momencie lekko ją odepchnąłem, pokazując, żeby poszłą już do domq. Trzymałem ręce w kurtce, jak zawsze, więc ręką w kieszeni delikatnie ją popchnąłem. Odebrała to chyba, jako chęć jej przytulenia. Troszkę mnie to zaskoczyło... Jednak nie potrafiłem odmówić... Jeszcze moment wczesniej miałem okazję podziwiać jej urodę, kiedy machałą główką nastrony.. Diabelnie mi się podobają jej wlosy - takie lekko kręcone, bląd, spięte w kucyk... Jednak kiedy przytuliła siędo mnie, zapomniałem na moment o bożym świecie. Choć nie czułem się jakoś szczególnie, jak myślałem, że się poczuję, to było miło. Kiedy się pożegnaliśmy jednak, moje serduszko wypełniłop pustkę tego przytulenia swoim rozumieniem...

I staje się. Wypełnia. Jestem umówiony dziś z Monisiaczkiem. Już samo spotkanie nie jest takie, jakie miało być wg mnie. Ale to nic. Jednak nadal nie wiem co mam jej powiedzieć. Bedzie po dodatkowym angielskim, cały dzień poza domem, nie chcę jej męczyć, więc ją odprowadzę do domq zapewne. Akurat to jest plus, bo mieszka dość daleko.

Cholera, nie mam pojęcia, co jej powiedzieć. Zaczynam poważnie wątpić... to chyba wypadkowa dzisiejszego dnia... Nie zdażeń, ale rozmowy, rozmów. Np. na reli była lekcja o miłości. Wkurwiało mnie, jak ludzie z klasy się wypowiadali o tym. NIe wiem czemu, czułem się, jakby próbowali opisywać to, co czuję. Jednocześnie byłem świadom tego, że nie uda im się to, mi się nie udaje...

Na tej samej jeszcze lekcji, zacząłem rozmowę z qmplem, z którym siedzęw ławce... Całkiem przyzwoity koleś. Tak jak ja, ma problem z dziewczyną, która mu się podoba. Nawet wytłumaczył mi, która to jest. Jak sięokazało, byłto panna, z którą byłem, byliśmy na akcji charytatywnej i ta, obok której siedziałem na przedstawieniu we wtorek. Jak mu to powiedziałem, chłopaczek się lekko zdołował, bo wczęniej namawiałem go, żeby poszedł ze mną. Odmówił i wziąłem innego qmpla. Tak czy inaczej umówiłem siędzisz nim, jak tez z innymi, w knajpie. Spoko, nigdy z nim nie gadałem na takie tematy. W ogóle bardzo rzadko rozmawiam z facetami na takei tematy... qrde, jakby nie patrzeć, to ja w ogóle z nikim prawie o nich nie gadam... :)

Ok, jak zwykle zboczyłem z kursu. Trza myślami powrócić do Moniki... Qrde, co mam jej powiedzieć...? Coś wymyślę.. W czym jak w czym, ale w takich gadkach jestem niezły. Coś się da z tym zrobić... Just know it... Zaczyna się ściemniać...

Kolejne zwycięstwo... Małe, ale zawsze coś... Umówilem się z Moniką na jakieś spotkanie w bliżej nieokreślonej przyszłości. Zapytałem po prostu ją przed matmą, czy ma trochę czasu w weekend. Powiedziała, że niestety nie, bo jedzie na jakąś wycieczkę. Ponowiłem pytanie, ale teraz o to, czy w ogóle znajdzie dla mnie troszkę czasu... Uśmiechnęła się i zapytała, czy może mi odpwiedzieć kiedy indziej... Akurat wchodziliśmy do klasy... może brak czasu...? A może nie chciała mi nic powiedzieć...?

Tak czy inaczej wierzę w to, że niedługo sięspotkamy z dala od szkoły, ludzi, którymi zawsze tak bardzo jest otoczona, z dala od całego zgiełku. Jednak kiedy teraz o tym myślę, nie mam żadnego pojęcia, co mógłbym jej powiedzieć... Tak... to, co czuję... Dziewczyna bez dwóch zdań się przestraszy. Ja bym się przestraszył, gdyby ktoś umiał wylać na mnie to, co sam do niej czuję... Chyba powiem to w najprostrzej dla niej i siebie formie: powiem jej jak to się zaczęło... W którym momencie... choć sam dokładnie tego nie wiem...

Qrwa, zawsze ejst tak, że za dużo myślę. Nawet teraz mam dziwne uczucie, którego w sobie nienawidzę - jakbym sam przewidywał to, co się zdarzy, wszystko to, co najgorsze, a to co miłe, przyjemne, to, co mogłoby się wydażyć, jakoś oddalam na dalszy plan, którego już nie zauważam. Bombarduję się myślami typu: "to się nie uda, nie dasz rady", etc. Nieznoszę tego mnie. Niewiedząc co ona o mnie myśli wmawiam sobie, że to nei ma szans, choć wczesniej się męczyłem, żeby do tego wszystkiego, co jest teraz, dojść. Nie ma to jak facet...

Coraz bardziej narasta we mnie obawa przed tym, jakie będą nasze stosunki jezeli coś się nie uda. TO, co było z moją ex, też z tej klasy, to pomyłka. Choć teraz nie jestesmy wrogami, to nie jest już jak kiedyś... Zawsze coś się zmienia. Już teraz, jak powiedziałem Monice, że mi się podoba, nie ma tego, co było keidyś. Z jakim utęsknieniem i niemalże namacalnym sentymentem wspominam te niewinne przytulanki w szkole... Kiedy ją pocieszałem, kiedy pomagałem... Teraz tego nie ma... Już nie ma przytulenia... Cholera, sam neiwiem dlaczego. Może sam się tego w jakiś sposób boję? Jakbym myślał, że to mogą odebrać inni. Przecież wcześniej nie miałęm tej dziwnej obawy, tego irracjonalnego strachu... A może nie chcę, aby Ona to odebrała w jakiś opaczny sposób...? Jakbym rościł sobie do niej jakieś prawo... Dammit, zamotane to wszystko, gubię się...

Może po prostu nie nadaję się do trwałego związku...?

Z odpowiedzi rodzą się kolejne, większe pytania...

pijanedoznania9 | belief | kobietki-pl | budujemydomy | dawidol | Mailing