Archiwum - września 2003

Piszę, bo mam chęć, bo mi to pomaga, bo daje swobodę na tak krótki czas...

Rozmawiałem dziś na gg z Sylwią, po raz kolejny. Jednak dziś było inaczej, lepiej. Porozmawialiśmy sobie jak za starych, dobrych czasów. W pewnym momencie rozpoczęliśmy dość poważną rozmowę, o zaufaniu, przyjaciołach, itd. Naprawdę dawno, jeżeli w ogóle kiedyś, nie rozmawiałem z nikim w ten sposób. Zastanowiłem się dlaczego. NIe wiedziałem. W pewnym momencie Sylwia zapytała mnie, czy nie ufam swojemu jednemu, dobremu kumplowi. Odpowiedziałem jej, że nie. Nie, żeby zrobić jakiś sentymentalny nastrój, czy wykreować siebie jako wielkiego męczennika, idącego samotnie przez życie - taka po prostu jest prawda. Zdałem sobie właśnie sprawę, że nikomu nie ufam tak w 100%, bardzo niewielu osobom w ogóle ufam. Zaufanie to uczucie, to zjawisko, którym obdarzam bardzo małą ilość osób. Nawet Monice nie ufam, chyba nie mam podstaw.

Jednak rozmawiając z Sylwią puściłem kontrolę nad swoimi tajemnicami do pewnego czasu. Porozmawialiśmy jak przyjaciele. Jednak nie chciało mi się wyjaśniać jej niektórych rzeczy, związanych z moją nieufnością do ludzi. Rzeczywiście, kiedyś była osoba, z którą normalnie mogłem rozmawiać na kazdy temat. Był to mój cioteczny brat, z którym niegdyś miałem całkiem niezły kontakt. Znajdował się w bardzo podobnej sytuacji, rozumiał mnie, a ja go. Jego starzy także się rozwiedli, mały buntownik, który nie rozumiał świata i otaczających go spraw, jednak pragnął je zmienić za wszelką cenę, chciał poprawy stanu rzeczy, ale na próżno.

Teraz, kiedy już prawie z nim nie utrzymuję kontaktu, a kiedy przydałby się jak nikt inny, nie ma go. Wraz z wiekiem problemy narastają tak bardzo, nawarstwiają się jeden za drugim. W takim momencie przydałaby się jakaś dusza, z którą możnaby było porozmawiać, wyżalić się, popłakac, która by nie patrzyła na te łzy, ale starałaby się pocieszyć, poznać kłopot i doradzić. Brak, pustka. Trzeba radzić sobie samemu... A może ja nie chce pomocy, a ona leży tak blisko mnie? Nie... chyba nie... Poczekam i popatrzę...

Znowu dziwnie się dzieje. Wracając dziś ze szkolnej biblioteki, która, należałoby nadmienić, jest w sercu szkoły, spotkalo mnie coś raczej niecodziennego. Szedłem sobie spokojnie z książeczką, którą zmuszony jestem przeczytać (a raczej jej fragment), aż zauważyłem Czarną. Taka panna ze szkoły, w sumie jej nei znam, nie wiem nawet jak ma na imię. Pamiętam, jak do niej "zagadałem", kiedy byłem z qmplem w ratuszu. Spotkałem ją tam czytającą ksiązkę. Coś o Piastach chyba było na historię. Dziś jednak, kiedy do niej podszedłem, a raczej przechodziłem obok niej, zagadnęła mnie o book`a jakiego niosłem. Pokazałem jej tomik poezji Mickiewicza. Dziewczyna otworzyła książkę, przeleciała po literkach wzrokiem. Widziałem, że ją to nie obchodzi, znaczy książka. W pewnym momencie Czarna objęła mnie ramieniem. Zawiesiła mi rękę na szyi jak dobremu, staremu przyjacielowi, z którym nie widziala się bardzo dawno, a z którym chciała porozmawiać, spotkać się. Atmosfera bynajmniej nie była stworzona do tego. Przełom 5 i 6 lekcji, ludziska rozwrzeszczani, wszędzie głośno. Ni czas, ni miejsce na tego typu sprawy. Właśnie to mnie zdziwiło. Rzeczywiście, kiedy spotykałem ją na korytarzu w szkole, mówiąc cześć, uśmiechała się do mnie. No i co z tego? Każda się uśmiecha. Jednak w tym jej objęciu nie było zbyt wiele z kolezeńskości, raczej zamierzone działanie o jakimś konkretnym celu, którego nie chciałbym nawet zgadywać.

Patrząc na to wszystko czuję się nieswojo. Patrząc na to, jak reagują na mnie babki czuję się nieswojo. Jakby tego było mało, jeden eksces o podobnym zabarwieniu spotkał mnie jeszcze w bibliotece. To właśnie sprawia, że czuję przd nimi niekiedy strach, choć to nie do końca uczucie bojaźni. Raczej jakaś forma obawy. Choć z drugiej strony inni faceci na moim miejscu by wykorzystali tą sytuację... Może i ja powinienem?

Po tym dzisiejszym zdarzeniu, zdałem sobie sprawę, że w życiu nie przytuliłem tak naprawdę dziewczyny. No, może Monikę, kiedy była smutna, ale to był raczej wymóg chwili, choć przyjemny. Może właśnie to sprawia, że jestem tak zamknięty na kontakty z płcią piękną, a może po prostu się tego nie nauczyłem jeszcze...?

Nikt tak w życiu nie nauczy faceta odwagi, jak kobieta.

Każdy dzień to walka, każdy... Nie wiem, dlaczego tak rozpoczynam ten wpis, ale to mi utkwiło w głowie. Skąd utkwiło? Nie wiem, nie obchodzi mnie to.

Kolejny blog. Kolejne myśli. Choć to nie to samo już, co poprzedni blog, w którym pisałem dość dużo i często, to dobrze mieć taki pamiętnik. Dobrze, bo zawsze można tutaj zajść i napisać kilka słów, kilka myśli. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie zna adresu tego bloga (no, poza Tobą, SF :), ale nikt z mojego otoczenia. Podoba mi się też to, że nie zagląda tutaj chyba za wiele osób...

Szkoła dziś rozpoczęła się jak zawsze - nudno. Jednak już przed polakiem, tj. drugą naszą lekcją, zauważyłem jedną nieprawidłowość. Monika nie była wesoła tak, jak zawsze. Ona jedyna zawsze mnie napędza, tą swoją energią, optymizmem, który bierze sam nie wiem skąd. Wszędzie się widzi, że ludzie są zgarbieni od problemów, od kłopotów, nie chce im się żyć, wygladają jak zombi w szarej metropolii, przechodząc obok nas, jeżdżąc w autobusach i tramwajach. Nawet ja niekiedy się wtapiam w tłum i staję się przybitym ziemskimi ciężarami człowieczkiem, ze spuszczoną głową i myślami zawieszonymi gdzieś między "jest", a "będzie". Zdarza mi się mieć zły humor, jak zauwazyłem to nawet często. Szczególnie jak wracam do domu... Powinno być na odwrót, ale nie jest. Jednak właśnie Monika jest zawsze uśmiechnięta. I to notabene ten uśmiech mi daje siłę i wiarę w to, że "coś" jeszcze muszę odkryć, coś dopracować w sobie, żeby być taką osobą, jak ona, takim człowiekiem. Jej wesołość nie jest jednak tą, jaką obdarowują mnie inne osoby, inne dziewczyny, te "słodkie idiotki", które próbują być lepsze, niż są naprawdę, pokazując swą domniemaną skromność, przejmowanie się innymi i ich problemami, chichocząc jak hieny przy każdym, nawet beznadziejnie powiedzianym słowie, choćby nie wiem jak głupim. Patrząc na nią widzę, że jest wesoła, po prostu cieszy się życiem. To mnie napędza. Nie jakiś uśmiech, jeden czy drugi, bo to zjawisko, nawet wymuszone jest widoczne na każdym kroku. Jej aura wpływa na moje członki kojąco. Od razu przypomina mi się wycieczka do planetarium, na której zdychałem z powodu mojej choroby lokomocyjnej. Kiedy tylko ona przy mnie usiadła, jakoś mi się poprawiło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale dość o tym, bo jeszcze uwierzęw to, że się w niej zakochałem...

Dziś wlaśnie przed polakiem nie było tego ślicznego uśmiechu na twarzy Moniki. Zauważyłem to stojąc z qmplqmi. Ona siedziała z lekko spuszczoną głową przy ścianie, trzymając na nogach zeszyt, który miał chyba imitować wrażenie jej nauki. Popatrzyłem jej w oczy, kiedy na mnie spojrzała, co się zresztą dzieje dość często. Zauważyłem tą popularną szarość w jej źrenicach, która połączona z brakiem wesołośći na twarzy dała odcień takiej pustki... prawie niewysłowionej. Wykrzesałem z siebie lekki uśmiech, który jakby ją pobudził. Kąciki jej ust się lekko uniosły, aż wreszcie, tak jak kiedyś, odsłoniła swoje białe ząbki. Wiedziałem, że coś jest nie tak, że ten stan jest przejściowy, a jej sercem miota jakiś zły duch, który nie daje spokoju. Widziałem to w jej oczach.

Na którejś przerwie spytałem dlaczego jest taka smutna. Po chwili ciszy z jej strony powiedziała, że "może mi kiedyś powie o co chodziło". Nie nalegałem, nie lubię pomagać na siłę. Odparłem, że nie ma sprawy i niech nie spieszy się z odpowiedzią dla mnie. Dość zdziwionym głosem spytała, jak poznałem, że jest w takim stanie. Po prostu.

Na PP, keidy se siedzieliśmy i rozwiązywaliśmy, a raczej bawiliśmy się w jakieś zadanka, odwróciłem się do niej, co zresztą dość często czynię, gdyż jej ławka stoi akurat za moją. Znowu zauważyłem ten smutek. Ponownie się uśmiechnąłem, dla niej. I tak, jak wcześniej, tak i teraz "odwzajemniła" to. W pewnym momencie powiedziała do koleżanki siedzącej odok jedno zdanie, które utkwiło mi w głowie: "*** to taki słodki dzieciak, co nie Majka?".

Może i jestem słodki dzieciak.

 

I tak się właśnie stało... Jakiś czas temu na gg poznałem Izę. Jak to przez net wydała się miłą osobą. Widziałem ją też w realu, raczej zarzucić jej niczego nie wolno, jeżeli chodzi o wygląd. Oczywiście teraz znaczenie poprzedniego zdania jest takie, że możnaby się przyczepić do jej sfery psychicznej, charakteru, inteligencji. Jednak nie; choć jest blondynką (jak to ona powiedziała: "Nie jestem blondynką, tylko taką... złotą blondynką..." ;) czyli bez kitoo nie jest...:) ), to można z nią porozmawiać i choć to chyba nie jest ten "mój" poziom, to nie moge mieć jej za złe tego... Chyba całe życie będe mierzyć ludzi wg swojej miary... Ale to nic... To już moja upierdliwa cecha charakteru.

Umówiłem się z nią na dziś. Choć byłem/jestem przeziębiony lekko, postanowiłem pójść. Odkładaliśmy razem to spotkanie przez jakiś czas, a z własnego doświadczenia wiem, że lepiej tego za długo nie przeciągać... I w ten sposób umówiliśmy się na konkretną godzinę. Leniwie sunące chmurki, lekko szarawe, gdzieniegdzie odsłaniające niebo wskazywały na możliwe spadnięcie deszczu, co jednak mnie zniechęcało. Poszedłem na ławeczkę przed blok, żeby się nie spóźnić. Poczekałem troszkę, przyszła Iza. Razem, bez większego pośpiechu poszliśmy nad wodę, zresztą umówiliśmy się, że tam pójdziemy. Tego, że zajęło nam to około 2 h, żeby tam dotrzećnie będę przypominać, bo błądziliśmy jak zwierz we mgle po lasach... Ale miło było...

Kiedy doszliśmy nad wodę, nie był to pobyt taki, jak niegdyś z innymi dziewczynami. Nie szedłem "gdzieś, tam" z nią, nie spieszyłem się. Nie było to też coś w stylu love story, że siedzieliśmy blisko siebie i świergoliliśmy jak ptaszki. Poszliśmy na wojskową. Pomost, na którym usiedliśmy był w większej części ocieniony, jednak dość już niskie, wczesnojesienne słońce, wystające sponad szczytów niedaleko rosnących drzew otulało nieznacznie nas, oraz szarawe deski pomostu. Usiedliśmy. Ja się położyłem na plecach, zwieszając nogi za pomost. Lubię tak leżeć. Świat wydaje się wtedy taki prosty, kiedy słyszy się delikatne kołysanie drzew przez lekki wiaterek, obijającą się wodę o brzeg jeziora, miłą woń perfum osoby siędzącej blisko Ciebie i, najlepsze w tym wszystkim, - jedna, prosta barwa, kiedy się zamyka powieki, a słońce razi prosto w twarz. Takie coś mnie odpręża, uspokaja. Tak tez było i tym razem. Nie chciałem wstawać, nie wiedziałem, czy to było niegrzeczne z mojej strony, czy powinienem siedzieć przy niej i głęboko wpatrywać się w kolor jej oczu, czy w ogóle coś powinienem zrobić, czy też nie. Leżałem sobie tam, leżałem i delektowałem się każdą pojedynczą chwilą, która tam wydawała się tak cenną, jednocześnie będąc tak powszechną i zwyczajną. Rozmawialiśmy wtedy o różnych sprawach. Naprawdę różnych. Pamiętam jak Iza posmarowała mi usta jakąś taką... takim cudkiem do ust bezbarwnym..:) Nie znam się... Leżałem dalej. W pewnym momencie spytała, czy nie czuję jej wzroku na sobie. Powiedziałem, że nie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że ona ciągle na mnie patrzyła. W normalnych warunkach bym się speszył, ale tutaj jakoś moja reakcja była inna. Nie odebrałem tego jako jakiejś rzeczy, której powinienem się przestraszyć, czy zareagować na nią w jakikolwiek "agresywny" sposób. Leżałem dalej, rozmawiając z nią. W pewnym momencie chciałem, aby się położyła koło mnie na pomoście. I w tym momencie uświadomiłem sobie, że nie chcę jej o to poprosić, żeby spoczęła koło mnie. Jednak nie dlatego, jak wcześniej, że się bałem jej reakcji czy czegoś w tym stylu ale dlatego, że po prostu nie chciałem, aby to odebrała jako posunięcia zbyt odważnego z mojej strony, a w konsekwencji za uznanie jej przeze mnie za jakąś "łatwą". Nie czułem wtedy jakiegoś ciśnienia, żeby to zrobić, albo żalu do siebie, że tego nie zrobiłem. Po prostu taka kolej rzeczy, która nie wywarła na mnie żadnego wrażenia. Jeszcze będzie na to czas.

Kiedy robiło się coraz bardziej zimno,  zaczęłiśmy się zbierać. Wracając jedną ze ścieżek, która jakby nie patrzeć jest wąska, puściłem ją jako pierwszą. Wiem, po prostu ze mnie wychowany człowieczek:) Tak na serio, to chyba wiem, po co tak sięrobi, żeby facet mógł popatrzeć na pupę dziewczyny :P. Taki w nas jest samczy instynkt, że rzadko kiedy można się oprzeć nadażającej się sytuacji. Tak też i ja zrobiłem. Ujrzałem chyba najfajniejszą pupę w swoim życiu. Nie wiem, czy wcześniej na nią nie zwróciłem uwagi, czy nie patrzyłem, czy co, ale naprawdę fajny tyłeczek...:)

Kiedy wróciliśmy po prostu, po chwili rozmowy, każde z nas poszło w swoją stronę. Spotkaliśmy się po krótkim czasie na gg.

Co w tym takiego neizwykłego, co powinienem zapamiętać? Otóż zawsze, każde pojedyncze spotkanie mogłem osądzić na dwa sposoby - fajne, albo nie. Od razu kojarzyło mi się jakieś uczucie, jakieś zabarwienie emocjonalne, które mówiło mi z góry o przebiegu całego spotkania. W tym przypadku było inaczej. Mam pewne podejrzenia co do tego, co do niej, jednak zachowam to dla siebie i dla czasu, który pomoże mi w identyfikacji wszystkiego.

Niedawno na polaku zaczęłiśmy przerabiać romantyzm. Ofkoz nasza polonistka kazała nam napisać list werterowski, na podstawie "Cierpień młodego Wertera". Za dużo mysli mi się kłębi w głowie, więc zamieszczę tylko ten wytwór mojej wyobraźni, który urodziłem, kiedy koło 23 padło gg. Oto on:

Piszę do CIebie przyjacielu drogi, skoro spotkała mnie rzecz dziwna. Nie... Nie dziwna. Pokrzywdzeniem piękna byłoby spotkanie tej istoty i nazwaniem tego szarym, nic nie znaczącym, pustym słowem "dziwne".

Jakem zwyczaj czynił czas długi, siedziałem nieopodal polnej drogi, prowadzącej ku zabudowaniom miasta. Moje myśli błądziły gdzieś daleko, ku przestworzom chmurnym wzlatywały, by zaraz opaść na ziemski padół i skrystalizować się na mniej ważnej błahostce. Jeno słońce już było wysoko, kiedy od strony wsi nadeszła osoba, która ciągle tkwi niewzruszenie w mojej pamięci, jakoby zmora jakaś czy widziadło nocne, nie dające spać umęczonemu podróżnikowi. O, niebiosa, skoro takie mają być cierpienia piekielne, niechaj cierpię na wieki, niech wieczność nieskończoną moje członki trawi ogień jej oczu, które spojrzawszy na mnie, wzniosły nieświadomie me jestestwo na skraj szczęścia. Znalazłem się wszak w innym świecie, który nie świadczył nigdy smutku i zmęczenia. Jej oczy władały nim, obdarowując mieszkańców życiem, kiedy tylko spoczął ten wzrok niebiański na zwierciadle mym, pragnącym tego jak roślina umierająca kropli wody, podtrzymującej marny żywot. Strach myśleć, co by mogło czynić skinienie jej, za którym poszedłbym w ogień, wiedząc, że tego właśnie oczekuje. Tam, za zasłoną jej wdzięków skore byłoby zapewne przenosić góry, odwieczne i niewzruszone, jak przeniosły moje myśli i serce.

Przyjacielu, słowa nie są w stanie opisać tego piękna, którem uświadczył dnia tego. Wszak litera to puste słowo nic nie znaczące. Nawet w szyku dostojnym w rzędzie ustawione nie znaczy wiele. Opisując to zjawisko niemal boskie należałoby Najwyższego wiedzę przelać na pergamin, jakoby Pismo Święte po raz kolejny trza by napisć było. Wiesz wszak, że nawet słowo Boga nie opisuje piękna doskonałego, więc jak zwykły człowiek, namiastka jego potęgi, miałby uczynić cud taki? Każda fraza musiałaby opisywać jeno więcej jej piękna, aniżeli Iliada mistrza wiecznego wspaniałości opowiada. Rzecz wszak niemożliwa dla śmiertelnika.

Bo jak mogą oddać słowa, litery na płótnie prawdziwe piękno? Jak przybliżyć Ci to, co mi z pamięci wygasnąć nie może, co prześladuje mnie, jeno jak samobójcę pragnącego śmierci? Czy słowa, które teraz czytujesz wprawiają Cię w zachwyt, tak jak mnie w euforię wprawiał sposób poruszania się tego anioła? Kiedy wychodziła z lasku, przyodziana w szafirowe odzienie, przy którym królowa angielska by pochyliła czoła, przykuła mój wzrok, który wnet zaczął pragnąć jej widoku. Widziałem i ślepy byłem, jakbym patrzył i nie widział. Jakoby jej nie było i się objawiła jak Matka Zbawiciela trójce młodych. I jak Matka ludzi swym pięknem, tak i ona urodą i wdziękiem zawładnęła sercem mym.

fafarafa | milutka86 | serduszko-karolinki7 | militarnehobby | diabelniespi-zbylekim | Mailing