Archiwum - marca 2004

Wielu jest ludzi, ktorzy nas nie rozumieją. Mówią, żewiedzą co czujemy, że wiedzą co myślimy, ze utożsamiają się z naszym bólem. A ja powiem, że żaden ból nie jest sobie równy. Człowiek potrafi rozróżnić kilka podstawowych uczuć - radość, gniew, strach. Jednak odcieni tych uczuć znamy miliony. Każda nienwaiść jest inna, każda miłość smakuje inaczej. Kazde cierpienie boli inaczej. Dlatego tylko my sami wiemy ile coś nas kosztuje, jak potrafimy kochać, z jaką siłą, tylko my wiemy jak nas boli rozstanie...

Wszystko w nas dąży do równowagi. Znacie takie fizyczne prawo, które mówi o tym, że żadna energia we wszechświecie nie znika, a zmienia tylko swoją postać...? Tak samo jest z nami. Z nami... ze wszystkim! Po deszczu następuje wypogodzenie, po bólu następuje ulga, po radości smutek. Wszystko dąży do równowagi. Jeżeli ktoś kocha, znaczy kochał - i coś nie wyszło, ma pełne prawo do płaczu, do złości, do nienawiści. I nie ma sensu tego ukrywać. To tylko potęguje przeciwność miłości - nienawiść. Oto są najpotężniejsze dwa uczucia człowieka - nienawiść i miłość. Kojarzycie chiński znak równowagi? Przedstawiający w kole dwa "ogniki" wypełniające się? Ying i yang, dobro i zło, kobieta i mężczyzna, czarne i białe... Przeciwieństwa, mające ze sobą coś wspólnego, wypełniające się i równoważące. by kochać trzeba nienawidzić, aby nienawidzić trzeba kochać. Jeżeli zrównoważycie w sobie emocje, dostąpicie możliwości kierowania swoim życiem w sposób jaki tego bedzie chcieć. I dlatego trzeba kochać, dlatego trzeba nienawidzić. Dlaczego ludzie, na których jesteśmy źli, mają do nas pretensje...? Bo robimy to bezpostawnie...? Może dlatego, że oni się tego boją, że boją się konsekwencji, że nie potrafią nad tą emocją zapanować, dlatego ją oddalają? I to ich wreszcie niszczy... albo odbija się na innych dziedzinach ich życia. Chcemy kochać, za wszelką cenę. Jak chcecie kochać, skoro nie umiecie nienawidzić? Te dwie potęgi SĄ w was, nic na to nie poradzicie; nikt nie zaprzeczy, że odczuwacie i jedno i drugie. Jeżeli twierdzicie inaczej, okłamujecie siebie.

Ujawniając jedną emocję, dajecie możliwość działania drugiej. Jednak zawszejest tak, że ukazujemy miłość, a nienawiść, bojąc się jej, tłumimy w sobie, co nie jest dobrym zjawiskiem, prowadzącym do swego rodzaju "przegrzania silnika". Coś się w nas psuje, nie potrafimy sobie z czymś poradzić. A pomoc, której potrzebujemy jest w... nas samych. Człowiek to rzeczywiście niesamowite stworzenie. Potrafiące sobie poradzić zawsze i wszędzie.

Chcecie miłości? Kto powie, że nie, jest totalnie zakłamany, albo zadufany w sobie jeszcze bardziej niż ja, co,  jak mniemam, jest niemożliwe. Nauczcie się nienawidzić. Przyjdzie miłość. Chcecie ją usunąć? Chcecie pozbyć się nienawiści? Pozbywacie się tedy umiejętności kochania.

Kochaliście? Jesteście skrzywdzeni? Boli was wasza miłość? Przypomnijcie sobie nienawiść. I znienawidźcie. I to wam pomoże. Popatrzcie na rzeczywistość: kochaliście, daliście osobie, która wydała wam się ideałem to, co mieliście najpiękniejszego, najcenniejszego, najczystszego... a ta osoba was po prostu olała... Jak? Sami wiecie. I dlaczego macie ją kochać? Drugiej osobie nie podobało się coś w was... jakaś cecha charakteru, cośw waszym wyglądzie...? Nie macie tego "czegoś"...? Gówno prawda. Nie traćcie życia na osobę, która nie porafi przyjąć waszego skarbu. Kochaliście, nie potraficie sobie poradzić z waszą skazą, którą wyryła w was ta osoba? Wszystko dąży do równowagi... I naturalna w tym wypadku jest nienawiść. Nienawiść, której nie ma się co wstydzić.

Nie chodzi o miłość... nie chodzi o samą nienawiść. Chodzi o RÓWNOWAGĘ.

Siedzę... sam... bez ludzi, sam, w samotności... Nawet, kiedy jestem wśród ludzi, jakby ich nie było... I dlatego idę... sam przez to życie... nawet, jeśli ktoś się do mnie dołącza, to na krótko, z niewiadomych przyczyn odchodzi i jestem sam; nawet, kiedy ten ktoś był ze mną, jakby go nie było. Nadal idę sam... bez nikogo, bez niczego, co mogłoby mi pomóc... otrzymywana pomoc okazuje się niedostateczna, aby pomóc... a jeżeli pomaga, sam ją przemieniam na coś, co nie pomaga, wręcz przeciwnie...

Taki ładny dzień jak dziś zamienia się w coś zupełnie innego... choć słońce bardzo mocno grzeje, choć ludzie się cieszą, są weseli, choć słyszę ten śmiech, choć jestem jego częścią, częścią jej śmiechu, słyszę w nim jakiś smutek, jakiś niedosyt.

Widzę, jak mnie unika... unika, bądź ja to odbieram jako uniki... Wydawało mi się jeszcze jakiś czas temu, że ten "czar" prysł... że pozostanie mi tylko czekanie na zakończenie tego horroru. Myślałem, że zostało tylko "olanie" jej... I co...? I sam nie wiem do czego to prowadzi.

Aczkolwiek w jedności siła... w jednostce siła...

'Opanowanie jakiejś sztuki w mistrzowski sposób daje nam siłę. Dlatego stawiam znk równości pomiędzy jednym człowiekiem, a dziesiątką. Dlatego też jeden potrafi pokonać dziesięciu, a co za tym idzie dziesięciu może pokonać stu, stu pokonuje tysiąc, tysiąc pokonuje dziesiątki tysięcy, a dziesięć tysięcy ludzi pokonuje setki tysięcy...'

Widzę, jak się nade mną "znęca". Patrzy się, śmieje, jest szczęśliwa... może to tylko ułuda...? Może za czymś goni, tylko nie wie za czym, albo nie może tego czegoś dogonić...? Po drodze krzywdzi mnie... czego by nie robiła... Już chyba zapomniała... wywaliła ze swojej pamięci te skrawki problemów, którymi byłem. Te słowa, które musiała powiedzieć, te frazy, jakby... wyrecytowane specjalnie dla mnie, specjalnie na moją zgubę. Teraz mi się przypominają... przypominają mi się ich skutki... Kiedy widzę tą uśmiechniętą buzię zastanawiam się, czy ona pamięta? I czy zdaje sobie sprawę?

Patrzysz wstecz... po co...? Gdzieś tam szukasz ukrytej odpowiedzi...?

Spojrzałem na wszystko z dystansu. Nawe wczoraj lepiej się poczułem... I rozmowa z Aśką lepiej wychodziła... Powiedziała, że zaczęła myśleć, ze dojrzała chyba, że spojrzała na wszystko z odległości, zdystansowała się...

Ja także. Przynajmniej wczoraj... gfyaerl

Już nie pamiętam, kiedy ostatnio pisałem notkę o tak nieprzyzwoicie wczesnej godzinie...

Jak wczoraj rozmawiałem z Elką, powiedziałem jej, że zapewne dziś dopiero pojawi się nowa notka, i to z powodu Moniki. No i tak właśnie jest.

Szkoła, poniedziałek... Nudny, jak zawsze.. trochę szary... Ale cenię sobie te wszystkie małe drobiazgi wyniakjące z tej i późniejszej pory roku... mianowicie takie coś, jak jasne słońce, wstające na długo przede mną, które jasnymi promykami zalewa(ło) pokój; śpiew ptaków miast jebanego jęczenia budzika, które doprowadza do nerwicy. Lubię te małe rzeczy...

W szkole jak to w szkole. Pierwsza lekcja minęła szybko; kartkówa, która zajęła całą lekcję.. Potem poszedłem z kilkoma osobami sprzątać swoją osobistą klasę, bo niedawno był mały remoncik...

Czyściliśmy sobie ławki z gum do żucia... normalnie poezja..;) Widzialem na swoje oczy wszystkie rodzaje gum, poprzyklejane do ławek i krzeseł...Pobawiliśmy się w to jakieś dwie lekcje... Ofkoz nie opisywałbym tego, gdyby nie było tam Moniki. Była.

Ale "coś" się zmieniło... Choć dalej trafia mnie szlag, że przytula się do osób w klasie, a tą osobą nie jestem ja, to jakoś inaczej na nią patrzę, coraz inaczej. Już tak strasznię nie krwawię. Jest może jakaś rana, ale goi się. I sięzagoi. Patrzę na to jakoś obiektywniej. No, może nawet nie patrzę...

Kiedy wzięła od qmpla komórkę z aparatem, zaczęła robić fotki; z jedną osoba, z drugą, ze mną.

Powiedziała, żebyśmy sobie zrobili fotkę. Podszedłem do niej, odsunęła od nas nieco aparat. Objąlem ją delikatnie, przytuliłem do siebie. Poczułem... w sumie za wiele nie poczułem. Po prostu przytuloną, pachnącą Monikę. Fotka. Po wszystkim... Jakoś... lepiej jest, fajnie jest. Stopa obniżyła się z górnolotnego uczucia, do kumpelstwa...? Muszę o przetestować... sprawdzić. Albo dam to do zrobienia komuś innemu; pozostawię to czasowi.

A teraz idę się przekimać, ta godzinka snu w plecy coś mnie zbiła z tropu.

Ela, pamiętam co mi wczoraj mówiłaś, może coś napiszę.

Tak jak myślałem, weekend minął w spokoju. No.. może nie do końca minął... jeszcze ranek;)

Jednak po napisaniu ostatniej notki naszły mnie 2 myśli.

Pierwsza raczej była impulsem, który prawie w sobie stłamsiłem, kiedy tylko się pojawił, choć wywołał we mnie jakieś poruszenie. Oczywiście pomyślałem o Monice... dlaczegoby nie zawalczyć o nią po raz kolejny? I od razu nasunęło mi się dziwne wrażenie, że to nie ma sensu... Potem pomyślałem co bym zrobił przy następnej porażce... Jakby bolała tak jak pierwsza... Chyba więcej notek by tu nie było. I od razu przed oczami pokazują się jej obrazy, jednak z kumplami z klasy. Choć zapamiątałem ją jako tą słodką, wesołą dziewczynę, i zapewne taką ją będę nosić w sobie do końca, to po prostu odpycha mnie ta cała "konkurencja". Zastanawiam się, dlaczego ona nie ma nikogo, mogłaby chyba mieć każdego.. Może się czegoś boi...? Szkoda, że nie poznała się  na mnie, na moim uczuciu...

"Daj mi tą noc, tą jedną noc, a potem niech wali się świat..."

I zwątpiłem. Chwila myśli, chwila możliwości walki, poczucia znowu w sobie tej mocy, mocy, która rozsadzała pierś, gotowała na wszystko, na każą przeciwność. A potem zejście na ziemię. spostrzeżenie, że jest się małym, totalnie nieistotnym pionkiem w tej grze... "Im bardziej mówisz mi co czujesz, tym bardziej ja sięod Ciebie oddalam... nie wiem dlaczego tak jest..." - bolało... i nadal boli.

Z drugiej strony naszła mnie myśl na temat Basi. Widze, co się we mnie dzieje... widzę, że po części zaczynam przelewać uczucie z Moniki na nią. Jeżeli bym ten proces zakończył, następna krzywda w powietrzu. Wiem, że jestem dla niej jak przyjaciel, przynajmniej tak mówi. Będę się trzymać tych słów, nie mam siły na czytanie między wersami. Co prawda ona jest moją jedyną podporą, ale im więcej pomocy od niej otrzymuję, tym bardziej popadam w kolejne szaleństwo, jak zawsze prowadzące do smutku, do żalu... Dlaczego zawsze muszę krzywdzić ludzi...?

Postanowilem, że przestanę z nią utrzymywać kontakt. Tutaj jednak także pokazała się kontrmyśl. Rzeczywiście, "ot tak" to się nie uda, przynajmniej nie tak, jakbym tego chciał. Po prostu zamknę się na jej pomoc, może to coś da. Jeżeli da, wtedy będzie dobrze, jeśli nie, będę musiał podjąć bardziej brutalne środki... Mam nadzieję, że nie będzie trzeba.

Wszystko się wali. Kiedy byłem młodszy, jeszcze te cholerne dwa lata temu, w gimnazjum, nie było nawet przypuszczeń, że mogą być takie problemy, w takim tempie.

sprewell | die | kobaycol | xyz-back | odchudzam-sie | Mailing