Archiwum - kwietnia 2004

Miałem dziś bardzo dobry dzień. Wiele się wydażyło, wiele, znaczy nic;) Ale jak to było...

Początek ofkoz w szkole. I to całkiem niezly początek. Nie, żeby coś się wspaniałego stało, po prostu było dobrze.

To całe "dobre" z mojego dnia miało miejsce na płaszczyźnie raczej międzyludzkiej. Uwierzycie, że wam powiem, że stojąc przed klasą, podeszłą do nas, mnie i kilku kumpli, jedna dziewczyna, z którą to prowadzę "wojnę", której więcej widzą znajomi z klasy, niż chyba my sami. Tak czy inaczej kiedy rozmawialiśmy, w potoku słów i spojrzeń, zauważyłem chyba nawet rumieniec na jej twarzy; poza tym nie padło z naszych ust żadne stwierdzenie, które miało "uszczypnąć" drugą ze stron, i wyszlo chyba to tylko i wyłącznie dzięki temu, że oboje na to bardzo uważaliśmy. Nie wiem, chyba mam wrodzoną wysoką empatię, bo wydawało mi się, że to niemalże poczułem. Tak czy inaczej rozmawiało się całkiem miło, bez żadnych "obelg" (trochę mocne słowo), a kiedy do klasy przyszła nauczycielka, moja mała mistrzyni ( nie ważne o co chodzi... to co jednak robi daje jej niezłe ciało...;) ) delikatnie musnęła mnie w bok i powiedziała, żebyśmy szli. Przeważnie dostaję jakieś uderzenie... A tu taka miła odmiana...

Potem, tj. po lekcjach poszliśmy kilkoma osobami do miasta. Spotkaliśmy tam jeszcze kilka:) W sumie dzień śliczny... Mało kiedy są takie. Słonko świeciło wiosenną siłą, wszędzie było ciepło, tylko cień dawał znać, że to jeszcze nie wakacje. Dzionek wyśmienity, zeby pochodzić ze znajomymi... Poszliśmy kupić prezenty dla jednej dziewczyny, która ma dziś osiemnastkę. Ja jeszcze zaszedłem do banku, wpłacić pieniądze dla jednego kolesia na konto. Podczas chodzenia po mieście, zaproponowałem lody. Po niewielu namowach wszyscy się zgodzili. Kupiłem lody najpierw Monice... znaczy miałem kupić, ale za te zapłacila sama. Potem, kiedy przyszli inni, kupilem znowu kilka porcji. Kupiłem też jeszcze jedne dla Moniki. Za to dostałem buziaka, nawet dwa. I co tam, jest glonc (:P).

Po następnym nawiedzaniu sklepów w mieście, po kupieniu lepu na muchy (jako prezent na pewno sprawdzi się wyśmienicie) i prezerwatyw (no, to już lepiej), poszlismy na gofry. To nic, że trzeba iść przez całe miasto, żeby dostać się do chyba jedynej budy, gdzie sprzedają gofry. Poszliśmy, dawno ich nie jadłem. Czteroosobowa grupa rozdzieliła się nieco. Kiedy kupiliśmy gofry, kumpel z koleżanką poszli dalej, w miasto. Ja zostałem z drugą (Monika miała dodatkowy angielski, odłączyła się wcześniej). Usiedliśmy w cieniu, jedząc gofry. Po chwili przyszły do nas dwie, małe dziewczynki, na oko po 4-5 lat. Nie lubię takich dzieci, w ogóle nie lubię dzieci (nie lubiłem?), jednak te wydały mi się jakieś inne. Przyszedł po chwili ich opiekun, okazało się, że to WF`ista z mojego starego gimnazjum. Po krótkim dzień dobry, my z koleżanką nadal jedliśmy gofry - teraz z małymi dziewczynkami, a WF`ista lizał loda, którego sobie kupił w trakcie. Patrzyłem co raz to na dzieci. Dwie, małe słodkie, niewinne istotki, przed którymi tyle jeszcze leży, na których tak wiele czeka, i zarazem takie nieświadome, totalnie nieświadome tego, co może się wydażyć, czego nawet nie śmią przewidzieć, bo nie pozwala im na to ich świadomość. Coś niezwykłego, po prostu cud świata. Dzieci to cud świata. Może właśnie dlatego mi się spodobały tak bardzo te dwie istiotki...? Z umorusanymi bitą śmietaną buziami, smiejące się radośnie, jak to tylko potrafią dzieci, czystym, krystalicznym, niczym nieskalanym śmiechem... Patrzyłem na nie i sam w sobie zacząłem się śmiać. Chyba dlatego ludziom podobają się małe dzieci... A może tylko mi się spodobały te dziewczynki, właśnie dlatego... Za te białe od śmietany buzie, za tą totalną beztroskę, za świat zamykający się na kilkunastocentymetrowym gofrze, za brak jakichkolwiek problemów i za to, że tych problemów nie ma prawa być w ich młodym świecie i życiu... Za to, że tyle je czeka, ale one swoim radosnym śmiechem, śmieją siętym problemom teraz w twarz, śmieją się życiu w twarz, jedząc gofry... Coś niesamowitego. Poczułem się przy nich bardzo dobrze. Trudno to opisać bardziej złożenie, trudno wyrazić to innymi słowami.

Koleżanka, z którą siedziałem miała dość zły humor. Poszedłem z nią, odprowadziłem ją do domu, kilka kilometrów... to nic. Jakoś nie chciałem jej zostawiać samej. Poszliśmy, pogadaliśmy... pogadaliśmy, żeby "zabić ciszę". Podobno przyjaciel to ktoś, przy kim można milczeć i nie czuć skrępowania, kiedy ta druga osoba teżgo nie szuka, i kiedy nie trzeba wyszukiwać przygłupich tematów, które mają zabić tą ciszę... Na początku mówiliśmy dość poważnie... posłuchałem jej... zwierzyła się... może tylko po części, ale to też coś...

Dzień był udany... tylko kiedy przyszedłem do domu, położyłem się na chwilę do łóżka, kiedy chyba nawet zasnąłem na jakiś czas... kiedy obudziłem się... zacząłem znowu myśleć... o Monice. O tych buziakach, o tym "dziękuję za lody". Aż coś ciśnie serce... Piękny czas, który nie zapowiada nic. Chciałbym jej podziękować za ten dzień... że tak ładnie wyglądała... że... w ogóle podziękowac, za to, że jest... i choć nie jest już "taka" jak wcześniej, to nadal jest, i jest ważna, co bym nie mówił, ciężko będzie wyplenić z serca tą dziewczynę. I mogę teraz żyć tylko z nadzieją, że "coś" się stanie, coś na co nie będę czekać, bo czekanie doprowadza mnie do fizykopsychicznej słabości, coś, co się po prostu stanie a ja to przyjmę, nie zastanawiając się.

Myślałem niedawno o czymś, co zdaje się jest rzeczą fundamentalną, którą wszyscy nam wbijają do głowy od dziecka, co jednocześnie przez innych ludzi jest zaprzeczane. O tzw. "byciu sobą". Każdy nam to mówił, każdy z nas myśli, że jest sobą, że robi tak, jak chce. A co z naszymi "idolami", z naszymi przykładami? Kto nei robi rzeczy takich, jak papież, kto nie chce wyglądać bądź zachowywać się jak kolega, koleżanka...? I właśnie nad tym się zastanwaiałem. Analizowałem siebie pod tym względem. I o dziwo jedno, zresztą z nielicznych, myślenie nad sobą, dopowadziło do pozytywnych skutków. Popatrzyłem na jednego kolesia z klasy... Dzieczyny go po prostu "lubią". Nie ważne o co chodzi. Popatrzyłem przy tym na siebie. Po części chciałem mu jakoś dorównać, stać się po części nim. Potem jednak spostrzegłem się, zresztąnei tylko w tej dziedzinie, że to nie ma szans pwodzenia, bo chcąc dorównać mu, będę starał siępokonać granice, które on przekraczał, które sam stwarzał, a to nie prowadzi do żadnego rozwoju, to nie prowadzi do niczego. Dlatego zdałem sobie sprawę z tego, że jestem po prostu sobą, że moje wybory to moja sprawa, że nie muszę nikogo naśladować, a moje dziwactwa i odstępstwa od normy, zawsze mogę zawrzeć w słowie określającym moją osobowość: oryginalność. Poza tym nigdy nie chciałem być jak "reszta"... I tak zostanie...

Na dowód takiego czegoś są dziś dwie osiemnastki, organizowane przez osoby z klasy. Jak zauważyłem, mało kto zaprosił wszystkie osoby z klasy na swoją 18-tkę. Chyba nie zdażyło siętak. Tak, czy inaczej nie idę na żadną. Dlaczego? Po pierwsze nikt mnie nie zaprosił... i nie róbmy w tym momencie żadnej balangi szkodującej mnie. Rzeczywiście, mogli mnie zaprosić, ale najprawdopodobniej i tak bym odmówił. Dlaczego? Bo takie rozrywki jakoś mnie nie bawią... a jeżeli bawią to tylko do pewnego momentu. Poza tym Monika... Ech... nie ma o czym mówić.

Dzień bardzo dobry. Ocenka 9/10. Samopoczucie o dziwo też dobre.

Jakoś ostatnio nie chciało mi się pisać notek, może nie było czasu, a może poprostu nie miałem do tego nastroju...?

Rzeczywiście, po ognisku, po tym wszystkim, po tym, czego się dowiedziałem, troszkę się przybiłem. Ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni. I rzeczywiście, byłem już tyle razy kopany, nawet na leżąco, że się to uodporniłem. Puszku, masz rację, trzeba takie rzeczy walić, umieć się uodpornić, jednocześnie pozostawić gdzieś furktę, która pokazuje nam szansę na możliwe szczęście przy jakiejś wartościowej dziewczynie.

Kiedyś interesowalem się magią. Ta... fajne, wiem, ale nie jak byłem 10-cio letnim dzieckiem. Całkiem niedawno, jakieś dwa lata temu. W sumie nie ważne czego się dowiedziałem. Chcę jednak nawiązać do jednej rzeczy; zapoznałem się z prawem magii, które określa tą dziedzinę, jako umiejętność manipulowania swoją psychiką. Po dłuższym zastanowieniu można dojść do wniosku, że magia to shizofreniczna dziedzina, w którą wierzymy tylko my i tylko my naszą "magię" widzimy. Co z tego...?

Otóż kiedy dowiadywałem się kolejnych rzeczy od Moniki, kiedy po raz kolejny byłem bity i kopany, używalem tej zdolności; zwyczajnego manipulowania sobą. Miłość to gra, w któej przegrywa pierwsza ta osoba, która wypowie słowo "kocham". Miłość to jednak takzę walka w samym sobie. Walka między sobą a przeciwnościami, drugą osobą, wątpliwościami. I nie ma w tym nic złego, jeśli walczymy. Walczymy i wygrywamy, bądź nie. Ja bardzo chciałem wygrać, wygrać za wszelką cenę. wyszedłem poza obowiązujące normy i zasady, wyszedłem dalej, tam, gdzie lepiej się nie zapuszczać. W walce zacząłem korzystać z niedozwolonych środków. Zacząłem modyfikować prawdę w sposób, który mi odpowiadał i w który sam mogłem uwierzyć. Dlatego moja agonia trwała tyle czasu. Dlatego ta walka trwała tyle czasu. I dlatego mógłbym powiedziec, że jestem całkiem wprawionym w tej dziedzinie magiem.

Kolejna sprawa, słowa kumpla, który mi powiedział rewelacje na temat Moniki... ta... w sumie wszystko ma dwie strony medalu. Jego słowa, prawda o niej doknęła mnie mocno; jednak rewers tej informacji leży głęboko we mnie i na ostatecznej drodze do zapomnienia o niej. W takich właśnie okolicznościach upada wyidealizowana postawa Moniki we mnie. Nie ma już dziewczyny, którą byłem tak zafascynowany kilka miesięcy temu. Wiele na to wpłynęło, ostatnia wiadomość to przypieczętowała. I nawet nie chcę wiedzieć do końca, czy jest ona prawdziwa. Łatwiej jest myśleć, że jest prawdziwa. łatwiej, bo nie ma jużwe mnie żadnej nadziei na bycie z nią. Chyba tak naprawdę nigdy nie mogło do tego dojść.

I właśnie od jakiegoś czasu stosuję to, o czym mówił Puszek. Od jakiegoś czasu leje na wszystko. Nie przejmuję się tym, co się stanie, i nie przejmuję się jeszcze bardziej tym, co się stało. Czas nerwy wysłać na wakacje, zresztą zasłużone. C`ya.

Sory dla tych, którzy czyajątego bloga, sory za to, że od jakiegoś, wydaje mi się dłuższego czasu, nie pojawia się tu żadna notka. Spowodowane jest to tym, że od jakiegoś czasu jestem w dobrym humorze, z drugiej srony od jakiegoś czasu nie chodzi mi net. Tak czy inaczej nei piszę notki... i za to sory.

To, że piszę notkę, nie znaczy, że chcę się z ami podzielićjakąś dobrą nowiną. Otóż przeciwnie.

Dziś było "klasowe" ognisko, czyli parę osób z klasy, alkohol, etc. W sumie początk fajny. Z qmplem obaliłem 0.5l na dwóch, potem z drugim poszedłem do miasta "po pestki". Poszliśmy, pogaworzyliśmy. Dołowało go coś od pewnego czasu, mnie też. Zresztą nadal dołuje, nadal będzie przez jakiś czas, ofkoz Monika.

Rozmawiałem z qmplem na jej temat, także na temat jego "miłości", o dziwo też z tej samej klasy (chodzimy do tej samej). Też go dziewczyna "nie chce". On akurat mi powiedział jakieś nowości nemat Moniki.

"- Słoneczko, jesteś jedyna dziewczyną, którą pokochałem." Choć w głowie tuliło sięo wiele więcej myśli, kiedy to mówiłem, usłszałem w odpowiedzi: "bądźmy przyjaciółmi, tak max, max". Dziś się od qmpla dowiaduję, że ONA MA CHŁOPAKA... Kurwa, ty kurwo bardaszana, to ja cierpię przez pół roku, a teraz się dowiaduję, że maz chłopaka? Tpo tyle mi się kuwa należy szczrości? Może byś mi kurwa powiedziała, wesoła szmato, że ktoś Ci się podoba, żebym nie tlił w sobie złudnej nadziei, wbijającej we mnie codziennie kolce, codziennie dającej złudnej nadziei, nawet kiedy wiem, że nie ma szans, na jakąś pierdoloną nadzieję...? Nie masz na tyle odwagi, żeby mi powiedzieć, że jest ktoś inny? A może kiedy Ci mówiłem, że Cię kocham, kiedy odkrywałem w sobie to uczucie, kiedy, kurwa, odkrywałem je przed Tobą, jako pierwszą dziewczyną, Ty myślałaś o nim, o tym, co "jeździ "audicą"?. Huj by to strzelił. D;atego dziewczyny nie ma dla Was szans, dlatego jesteście traktowane jak zabawki, i dlatego ten sposób traktowania jest coraz bardziej popularny.

Właśnie dlatego, kiedy siedzieliśmy przy ognisku, kiedy przyszełdem z qmplem, od którego dowiedziałem się  tych rewelacji, kiedy podeszła do mnie Monika, kiedy zaczła coś do mnie mówić, po prostu zabrałem się z qmplem. Wstałem i po prostu poszedłem sobie do domu. Usłyszalem za sobą tylko coś w stylu...: "Marek..."..."Mareczku...."... miałem to totalnie w dupie... I mam to teraz totalnie w dupie. Te słowa, te imiona, stają sięteraz tak bezpłciowe, tak beznamiętne i puste, że nie znaczą totalnie nic. Monika, jesli potwierdzę słowa kumpla, nie będzieznaczyć dla mnie nic. Jeżeli ona nie potrafiła odwzajemnić się szczerością na moją szczerość, nie będę mieć dla niej żadnego szacunku. Tak, jak zapewne powino być... Jesteście zabawkami...

Dzisiejsze nocne pół-życie wydało na świat, raczej do mojego umysłu sny. Dość dziwne, bo nieczęsto takowe zjawiska pojawiają się w mojej głowie. Choć jak to sobie dobrze przypominam, wczoraj też mi się coś śniło.. A raczej ktoś... Ktoś z tego blogowiska...

Dziś natomiast śniło mi sięcoś bez większego sensu, ale jakby trzymane pod kontrolą... rozmowa z ludźmi, dowiadywanie się nowych rzeczy.... nic, co mogłoby sprowokować mnie do myślenia, że to nie jest sen.

Najlepsze jednak przyszło potem.... Kiedy do drzwi zadzwonił dzwonek i obudził mnie. Człowiek wtedy może znaleźć się w ciekawym stanie umysłu - jakby chciał spać, ale świadomość mu tego zabrania i znajduje się w swoistym zawieszeniu między znem, a jawą. Uzyskujue wtedy świadomość przypisaną "trzeźwemu" umysłowi i niesamowitą twóczość snów i niemalże asymilację z obrazami "widzianymi" i wytwarzanymi przz swoją świadomość. Coś niezwykłego...

I tak sobie właśnie leżałem jakiś czas... Widziałem dziewczynę. Kogoś podobnego do Moniki. Chciałem kogoś takiego zauważyć, zobaczyć... i zobaczyłem. Wyobraziłem sobie, jak "druga Monika" ma przewiązane włosy czerwoną w białe wzorki apaszką. I taka też była... nawet nie wiem czemu akurat taka. Chyba nie lubię, jak ma rozpięte włosy. Wolę, jak wybuchają swoją mnogością z jednego punktu z tyłu głowy, ograniczanego jakimś wiązaniem, czy to gumką, czy to czymś innym. I wyobraziłem sobie, jakby śniąc, że podchodzę do niej w jakimś pubie, nawet nie wiem jakim, klękam przed nią i pół-żartem, nie płoszącym jej i nie powodującym zbytniego śmiechu bądź podejrzeń o robienie sobie jaj, pytam, czy wyjdzie za mnie. Ofkoz odpowiedź pada nie, więc potem "spytałem" czy w zamian tego da się jutro gdzieś zaprosić i pozwoli lepiej się poznać... Potem w moje marzenia wdarł sięjakiśkolejny hałas, którego moja "stasa" nie mogła już wytrzymać i wszystko poszło w cholerę... Te wszystkie myśli...

I właśnie dlatego próbuję nie dopuszczać do takich sytuacji w realu. Chyba sięboję, naturalny strach przed krzywdą, dodatkowo podsycany niedawnoymi wydarzeniami, na stałe piętnującymi mnie. I dlaczego do cholery, kiedy wysłałem Monice dwa sygnałki o dość ciekawych godzinach, nie otrzymałem żadnej odpowiedzi? Ech... nie ma to jak motto przewodnie ostatniego czasu... Trzeba się trzymać zimnych rzeczy i być zimnym jak one.

:O

Moja passa (pasja?) na temat zachowań międzyludzkich z pierwiastkiem promieniującym ode mnie pod charakterystycznym i dźwięcznym tytułem "mam-was-wszystkich-w-dupie" nadal się utrzymuje. A co za tym idzie odpoczywam nieco od wszystkiego/wszystkich. Jakoś przestałem przejmować się dotychczasowymi problemami - nawet Monika jakby zmalała w moich oczach. Ale za to w drugą stronę poczułem jakąś dziwną jak na ten wiek ochotę do nauki; ba, pomimo samej ochoty jest w tym nawet jakieś konkretne, zamierzone działanie! Wczoraj normalnie legalnie siedziałem i czytałem w necie "Szkice węglem" maestra Sienkiewicza, znaczy czytałem książkę, a nie streszczenie:) I qrde przeczytałem. Potem normalnie po 2, czy 3 h czytania książki, zjadłem obiadzik i poszedłem tyż z gegry, bom miał sprawdzian i też przeczytałem jakieś 30-40 stron książkowych przy całkiem niezłych wynikach swoją drogą. Jednakże pech chciał, że baba dała kompletnie inny zestaw pytań, niż byłw książce (nie ma to jak rozszerzony przedmiot gdy nie prowadzi się zeszytu;) ). Ale, będąc skromny, nie poszło najgorzej przy użyciu mojej wyjebanej inteligencji. Zobaczymy jak się to przedłoży na oceny...?:> Tak czy inaczej dziś prawie cały dzień znuff w bookzach, a przynajmniej cały wieczór... nie ma to jak kartkówa z chemii i sprawdzian z fizy... Ale że jakoś mooj chłonny, aż zanadto umysł, ma na dziś dość, a że nie opanowałem jeszcze "całości" materiału, nastawiłem sobie boodzik na jutro na 6 rano... no, jeszcze mi nie udało się wstać o tak wczesnej porze, żeby się pouczyć (fakt faktem, że jeszcze w LO nie udało mi się wstać rano, żeby się pouczyć, więc jeśli to sięuda, uznam to za niezły sukces...). A terazw gwoli wyjasnienia - nie pisałem ostatnio nic, bo miałem jakiegoś jebanego trojana na kompie, który mi ciągle wywalał Internet Explorera do pulpitu, kiedy siętylko strona załadowała, więc z blogowania nici, nawet, kiedy była chcica... a jak wiadomo (albo dla mniej w tych sprawach rozgarniętych - nie) Netscape Navigator z apletami bodajże Javy na blogowych skryptach ma problemy, więc pozostało czekać aż "wszystko sięnaprawi", co ofkoz nie nastąpiło i nie obyło siębez usunięcia ręcznego kilku nieptrzebnych programów, w tym zasmarkanego trojana... I znuff wracam z boju z tarczą. I znuff jest nieźle... jak to czytałem w jakiejś książce o dobrym wychowaniu, czy czymś takim... ludziom, którzy pytają o to "jak leci?" odpowiada się: "dobrze, coraz lepiej". A więc, w jak najmniejszym stopniu zakrapiając to dobrym wychowaniem i uprzejmością, ogłaszam wszem i wobec, że jest dobrze, coraz lepiej. Angel out!

sprewell | die | kobaycol | xyz-back | odchudzam-sie | Mailing