Archiwum - maja 2004

A więc po imprezie... I znowu nie wiem od czego zacząć;) Znowu tyle się działo.

Poszliśmy z qmplami do solenizanta na 18. Już na miejscu było dwóch kolesiów. W miare ich znałem. Początek imprezy mógłby się wydawać dość sztywny - patrzyliśmy jak jeden z gości grał na kompie. Nędza, czyż nie...? Otóz nie. Patrzyliśmy jak koleś, jeden z czołówki Polski, wymiata w Starcrafta. Pewnie większośc nawet nie wie o czym mowa. Tak czy inaczej wszyscy z nas siedzieli bardziej lub mniej w temacie, dlatego fajnie było popatrzeć na grę takiej klasy.

Dziwne bylo to, że zbyt wielu gości już nie doszło. Skończyła się gra - poszliśmy do stołu; wszystko kameralnie - tort, świeczki, szampan, jedzonko... typowa osiemnastka.

Zaczęliśmy część właściwą - korek od butelki został wypchnięty przez mglistopodobny gaz unoszący się z długiej szyjki ciemnozielonej butelki; jego lot zaczął się krzykiem mamy solenizanta, przeleceniem koło jej głowy i majestatyczno-klasycznym, kilkakrotnym odbiciu się od podłogi i sufitu. Żyrandol cały. Polał się szampan, odśpiewano "Sto lat". Toaścik.

Następnym krokiem bylo ofkoz pokrojenie tortu. To też nie zabrało nam za dużo czasu. W międzyczasie ulotnili się rodzice solenizanta. I zaczęła się bibka. Polał się alkohol. Zapalilem sobie nawet z solenizantem i kumplem po fajeczce, choć normalnie nie palę. Dziwne, że "czwarty" z ekipy nie palił z nami... jego sprawa.

Cała impreza byłaby bardzo udana, jeśliby nie patrzeć na to, że nie przyszły niektóre, wydawałoby się pewne, osoby. Nie przyszła dziewczyna, u której zrobiliśmy temu samemu chłopakowi imprezę u niej, jako prezent-niespodzianka... pisałem o tym jakiś czas temu. Nie przyszła też Monika.

Poszliśmy do kumpla mieszkającego piętro niżej. Zadzwoniliśmy... Najpierw do Basi... okazało się że jest na koniach. Nie wierzylem, ze nie przyszła. Po prostu nie wierzyłem. Dziś z nią o tym rozmawiałem na gadu... owocna, możnaby powiedzieć, rozmowa zakończona bez kłótni. Wyjaśniliśmy sobie parę rzeczy.

Zadzwonilismy do Moniki. Była w domu. Kumpel z nią zaczął rozmawiać. Nie doszedł do zamierzonego celu. Z tego co wiem opiekowała się jakimś dzieciakiem. Chwyciłem słuchawkę. Zapytałem, dlaczego jej nie ma. Odpowiedziała, że kumpel tak ją zaprosił, jakby miało jej tam nie być, że niby poczuła się niezaproszona. Nie mogłem pojąć tego też. W ogóle nie spodobało mi się zagranie dwóch tych dziewczyn. Potem dowiedziałem się, że kiedy rozmawiały razem, obie stwierdziły, że kumpel zaprosił je w taki mało zachęcający sposób. Tak czy inaczej nie wiedziałem, że mogą tak postąpić. Chyba się na nich zawiodłem. Może nawet nie dlatego, że impreza była bez nich, nie dlatego, że chciałem się z nimi zobaczyć, ale dlatego, że zjebały kumplowi taki szczególny wieczór. Wiedziałem, ze jest mu przykro, że ich nie było.. i to mnie najbardziej bolało.

Koło dwunastej w nocy zaczęliśmy zbierać imprezę. Nie wiedzieliśmy kiedy przyjdą dokładnie starzy solenizanta. Posprzątaliśmy w kilkanaście minut, wzięliśmy alkohole i w długą. Najpierw odprowadziliśmy jednego kolesia na miasto, potem poszliśmy dokladnie w drugą stronę - nad jezioro. Dwa razy siadaliśmy sobie kulturalnie na środku ulicy i chlaliśmy co tam było. Zaszliśmy nad jezioro, nikt nie wiedział nawet po co. Ot tak, przejść się:) Zaszliśmy na ośrodkowe adnimistracje... obadaliśmy, że jakaś większa impreza się kręci, więc kumple postanowili nas wkręcić. Poszli pogadać z bramkarzami. Okazało się, ze jest ślub, kumple zaczęli wkręcać jakąś ściemę kiedy tylko koleś na bramce kulturalnie oznajmił im, że impreza jest "zamknięta". Oni na to, że wiedzą i że są od strony pana młodego, ofkoz pokazując przy okazji połówkę "Pana Tadeusza", która nam się jeszcze ostała. Chłopakom na wejściu aż się oczy zaświeciły, ale ktoś pomyślał trzeźwo i poszedł po pana młodego. Ekipa zadecydowała, że jest to dośc dobry, i prawdopodobnie ostatni moment, żeby wycofać się i nie doscać wpiernicz. Tak też się stało i impreza się skończyła naszym biegiem w stronę wyjścia i wyjazdu z ośrodka, a także dość tłumnym wylegnięciem kilku większych facetów, którzy raczej nie chcieli nas żegnać...

Poszliśmy na inną plażę. Zaczęło się robić coraz jaśniej i w połowie drogi zauważyłem, ze jest niemalże rano. Było po drugiej. Na plaży, poza donośnym opierniczeniem przez solenizanta rybaków, którzy nie odpowiedzieli mu na zadane pytanie o to, czy biorą ryby, nie wydażyło się nic. Wracaliśmy do domu.

Do mieszkanka wszedłem kilka minut po czwartej. Jasno bylo jak cholera i dosć ciężko się zasypiało. Ale udało się i po jedenastej się obudziłem bez żadnego problemu. Nawet nie byłem skacowany.

Usiadłem do kompa. Na necie siedziała Basia. Zaczęliśmy rozmowę, a raczej ja zacząłem, od wyrzutów czemu jej nie było. Przeciągnęło się nam i po dwóch godzinach chyba powiedziała, że musi iść, bo siedzi jeszcze w pidżamie. Poszła.

Wczoraj wymyśliliśmy z qmplami, że jeśli Monika nie przyszła na tą osiemnastkę, my też nie pójdziemy na jej imprezę. Powiedziałem nawet o tym Basi. Odpowiedziała mi, że siedząc z nią i robiąc zaproszenia, nasza męska ekipa miała być głownym elementem całej zabawy. Tak czy inaczej zastanawiam się teraz, czy iść, czy nie...

Nawarstwiło się tego wszystkiego, że nie wiem od czego zacząć...

Chyba od tego, że jakieś dwa dni temu przyjechała siostra na jakiś czas... w sumie może to być, ale jak wiadomo, po pewnym czasie przykrzy się i to... Teudno, może jakoś wytrzymam...

Tego dnia, kiedy siostra przyjechała (to było o 6 rano), poszedłem do szkoły na całe dwie lekcje; a to z okazji ciągle trwających matur, które zresztą dają nam okazję do lekkiego pofolgowania i oderwania się nieco od szkolnych spraw. Siedząc na drugiej lekcji, odwrócilem się do Moniki, z którą siedział jeden kumpel... Zauważyłem przed sobą czerwoną kopertę. Zaadresowaną do mnie... Popatrzyłem chwilę na nią, potem na Monikę... Powiedziała, że to dla mnie... spojrzałem bacznie, aczkolwiek szybko po znajdujących się dookoła ludziach. Nie wiedziałem o co chodzi, z ich oczu też tego nie wyczytałem. Wziąłem papier w dłoń z myślą, że jest to jakaś odpowiedź na nurtujące mnie pytania z nią związane, jakaś zagubiona kartka wyjaśniająca mi wszystko to, o co byłem zmartwiony... Im dłużej ją miałem, tym bardziej czułem jej ciężar i wzrok dwóch, oprócz niej, osób. Otworzyłem część, którą się zakleja... Nie stawiała oporu... Wyciągnąłem zgięty wpół twardy, różowy papier z wyraźnym, wyjaśniającym wszystko słowem "Zaproszenie". Otworzyłem, udałem, ze przeczytałem, wiedzialem co to jest. Zaproszenie na jej osiemnaste urodziny. Przyjąłem.

Zastanawiam się dlaczego mi je wręczyła... czy dlatego, że chciała, czy dlatego, że wypadało...? Nie wiem, chyba nie chcę wiedzieć, a już napewno nie chcę się dowiadywać.

Do tego wszystkiego w najbliższą sobotę też mam osiemnastkę, jednego z dobych kumpli. Zapowiada się ciężki czas.

Kompletny mętlik w głowie, sam nie wiem dlaczego... po prostu wiele myśli mnie ostatnio nachodzi. Nawet dokładnie nie mogę ich zidentyfikować, ale w bardzo efektywny sposób wprowadzają chaos w moją samotność.

Z jakiegoś powodu ogarnia mnie smutek... może coś w stylu dekadentyzmu...? Nie chce mi się wielu rzeczy, w ogóle przestaję mieć ochotę do życia... Przestaję mieć ochotę na to, co teraz powinno brać nade mną górę i pchać w ślepe od pędu drogi, które powinienem przemierzać ze złami szczęścia w oczach. Powinienem śmiać się, bawić... ale nie potrafię. Coś mnie trzyma, chyba ktoś.

Przez część dnia myślałem, że treścią notki będzie: "Spojrzała na mnie; wolałbym już, żeby wcale nie patrzyła". Rzeczywiście, przelot spojrzeń przed lekcją... aż mnie zmroziło od środka... co...? Strach. Mój strach.

Potem jednak przyszła kolejna lekcja. Rela. Siedzimy niemalże koło siebie, ławkę dalej. Trąciła mnie specjalnie, zaczepiła. Zaczęła się jakaś rozmowa... Potem ona wyskoczyła do mnie z textem, czyten SMS, w którym po niej jadę jest aby dobrze napisany... odpowiedziałem, że tak, choć zajęło mi to trochę czasu. "Zdziwiła się". Nie była zła, obrażona, czy coś w tym stylu, nic z tej gamy uczuć, o którą się spodziewałem. Powiedziała tylko coś w stylu: "Jeżeli to jest tak, jak miało być, to pokazujesz, że jesteś skromną osobą w odwrotnym tego słowa znaczeniu". Ja chyba nie potrafię przekazać swoich uczuc dziewczynie. Po prostu mnie tym textem rozwaliła... ciekawe więc jak zareagowała na tego SMSa z ponad 500 znakami? Ja nie wiem, poddaję się.

Nawet nie spojrzeliśmy sobie w oczy.

Słowna batalia... jakby ktoś był o coś oskarżony... Dostałem od Moniki kolejnego SMSa... "Haj Mareczku! Dlaczego piszesz mi takie smutne SMSy? Dlaczego nie mozemy byc kolegami? Dlaczego musze ciagle uwazac na to co robie i na to co mowie? Dlaczego nie moze byc tak jak kiedys?"... rzeczywiście, ostatni SMS był dość ostry... W sumie myślałem, że ostatni, nie sądziłem, że się jeszcze do mnie odezwie. Zaimponowała mi tym nawet. Dostałem go po południu lekko, nie bylo jeszcze pierwszej. Nie wiedziałem co jej odpisać. Ten jej SMS rozładował mnie wewnętrznie, dawno tak się nie czułem... i nie chodzi mi o to, że byłem jakiś smutny, czy coś w tym stylu. Nic z tych rzeczy. Po prostu zastanowiłem się... co chciałem sam otrzymać tym moim SMSem... i w sumie doszedłem do wniosku, że miał on być moją drogą ku zapomnieniu całej tej sprawy - gdyby Monika się na mnie obraziła, nie musiałbym nawet się o nic starać... Z drugiej strony mój SMS był pisany pod lekkim impulsem... Już kilka chwil po jego wysłaniu jakaś część mnie tego żałowała... Ale inna nie.

Potem wymyśliłem. Napisalem jej SMSka... należała się jakakolwiek odpowiedź, której do tej pory nie uzyskala, bo miałem zablokowane konto... wysłałem go koło 21... "Monisiu, Ty chyba NIE WIESZ ile dla mnie znaczylas (znaczysz?). Kiedy podejmowalem decyzje, czy Ci powiedziec co czuje, wiedzialem, ze moze juz "nie byc jak kiedys"... decyzja byla tym bardziej trudna wlasnie. Tez bardzo bym chcial, zeby bylo tak, jak kiedys, ale to naprawde trudne... to co bylo miedzy nami, znaczy to, co do Ciebie czulem chyba nie pozwoli by bylo "jak kiedys". Tym bardziej bolaly mnie Twoje slowa: "wybij mnie sobie z glowy". Nawet nie wiesz przez co przeszedlem, by to sie stalo... i w sumie nie wiem, czy mi sie udalo... zreszta to chyba nie material na SMSa".  Ta... wiem, że dość długi, nawet tlen się buntował przed wysłaniem go jako "jednego". Ręcznie go jakoś podzieliłem i poszedł.

Zastanawiam się teraz po co dodatkowo komplikuję całą sprawę. Chyba nie ma po co...

A może tak właśnie ma być...? Może mam ją dalej komplikować? Ciekawe czy ten owoc smakowałby tak samo dobrze po tych wszystkich przejściach, niż jeśliby ich nie było...? I tym bardziej przyprawia mnie o mdłości fakt, że ona może mieć kogoś. Moje starania stają się wtedy... Szkoda po prostu gadać... Jednak jeśli by kogoś miała, czy nie powiedziałaby mi o tym...? Może kobiety po prostu lubią być adorowane, do tego stopnia, że nie liczą się z uczuciami adoratora? Ciężko powiedzieć... jednak jeśliby się okazało, że ona przez ten cały czas kogoś miała... kurwa nie odpowiadałbym za siebie...

Jednak wydaje mi się, że w BARDZO niedługim czasie czeka mnie powazna rozmowa... nawet już się nie denerwuję tym.. zmęczyłem się za bardzo... żebym jej tylko wszystkiego nie wygarnął i nie zwymyślał, bo dopiero się pokomplikuje...

sprewell | die | kobaycol | xyz-back | odchudzam-sie | Mailing