Archiwum - czerwca 2004

No i nadeszły wakacje... Czas zabawy i odpoczynku... oczywiście nie dla każdego... już teraz widzę, zresztą od samego początku wolnego czasu, jak całe wolne godziny przelatują mi przez palce a ja nic z nimi nie robię... nie wykorzystuję w żaden sposób... I choć mam jakieś wewnętrzne przekonanie, że powinienem coś z nimi zrobić, to jednak nic nie robię, a potem, jakbym podsumowywał dzień, sam sobie wmawiam, że straciłem kolejne dni. I tak w kółko... jak narazie ruszyłem coś stronkę o swoim LO, bo taki tam był zastój, że głowa mała. A skoro popchnąłem, to jest już 'jakoś'.

Zcierają się we mnie wielke, przeciwstawne siły... dlatego jestem ostatnio rozdrażniony. Musże chyba wyluzować... a może to po prostu jakieś napięcia wczesnowakacyjne...? Przecież powinienem być spokojny, wyluzowany... a ja, szczególnie pod koniec dnia, jak teraz, czuję, że marnuję czas... marnowanie marnowaniem - najciekawsze jest to, że nic mi się nie chce robić. Moje błędne koło się zamyka. Stąd zapewne moja frustracja.

Ot co udało mi sięwczoraj skrobnąć, jako wstęp do kolejnej już książki... Mam nadzieję, że z tą będzie lepiej i uda się ją dokończyć...

" Listopadowa noc zawsze wyróżnia się czymś szczególnym. A w znacznym stopniu Święto Zmarłych. Kiedy noc otula swoim mrocznym blaskiem okolicę, kiedy w domach pojawiają się światła, a w serach ludzi zaczyna gościć dziwne uczucie zadumy i jednoczesnego podekscytowania, wypływającego zresztą nie wiadomo skąd, zaczyna się w pełni uświadamiać sobie, że taki czas jest niezwykły. I choć powtarza się w równym, rocznym odstępie, to za każdym razem jest inaczej, za każdym razem jesteśmy starsi, bardziej rojrzali, widzimy świat inaczej...
 Postanowiliśmy tej nocy iść na cmentarz. Wraz z kilkoma osobami umówiliśmy się około jedenastej w centrum miasta, nie tak wielkiego. Z centrum na obrzeża jest kilkanaście minut drogi piechotą.
 Było coraz chłodniej, mróz coraz bardziej zaciskał swoje silne pięści na naszych twarzach i dłoniach. Obłoczki wydobywające się z ust coraz bardziej gęstniały i odznaczały się pośród miejskiego oświetlenia, zalewającego ulice i nas. Żółto-pomarańczowe, stożkowe refleksy padały na nasze postury, z niecierpliwością wyczekujące znajomych, jak zawsze się spóźniających.
 Dochodziła godzina dwunasta, kiedy wszyscy przybyli na umówione miejsce. Każda osoba była w jakiś sposób mi znana, jedni lepiej, inni gorzej, wszyscy jednak pochodzili z tej samej klasy. Całe przedsięwzięcie miało na celu lepsze poznanie nas wszystkich, gdyż, jak trafnie zauważyliśmy, jako klasa jesteśmy bardzo podzieleni i przydałyby się jakieś wspólne wypady. Nikt się nie opierał takim planom, z drugiej strony nikogo nie zmuszaliśmy do ich realizacji. Choć medal zawsze ma dwie strony - osoba, która by odmówiła pójścia, bez dobrej wymówki, automatycznie w jakiś sposób traci w oczachj reszty, staje się nieco wyalienowana.
 Jeśli chodzi o mnie, nigdy się takimi rzeczmi nie przejmowałem, jednak są ludzie, którym zależy na opinii innych. Moje podejście do życia pozwalało mi ominąć ten aspekt życia, mianowicie spotkania towarzyskie, i nie przejmować się, zarówno skutkami takiego posunięcia, jak również tym, "co powiedzą inni".
 Zależało zapewne na tym jednej, bardzo szczególnej osóbce, która akurat była w naszej grupie. Mowa o Monice, jednej z najbardziej wesołych osob, jakie spotkałem w życiu. Zawsze uśmiechnięta, śliczna, nieco dziecięca buzia, z piwnymi, równie zabawnymi oczkami zawsze potrafiła sprawić, że się uśmiechałem. Lubiłem patrzeć na tą dziewczynę; była po prostu ładna... miała wszystko to, czego mógłbym wymagać od dziewczyny - była śliczna, mądra, inteligentna, miła, często spogladała na problemy innych... Ciekawiło mnie to w niej, potrafiła spojrzeć na życie w obiektywny sposób i miałą niesamowitą umiejętność powiedzenia "nie", w bardzo uprzejmy, asertywny sposób. Jej kremowa, krótka kurtka świetnie podkreślała tą kobiecą sylwetkę, a dżinsowe spodnie, nieco przemoczone od śniegu, dodawały jej tego dnia jakiejś niewypowiedzianej słodkości.
 W naszym towarzystwie była róznież jedna parka, o dziwo pochodząca z klasy. Jak "popularnie" wiadomo związki takie są dość trudne. Choć z drugiej strony mogą się takie wydawać, często pozostaje w człowieku jakiś strach przed tym, jak odbierają nas inni, znajomi z klasy. Sam zresztą przez coś takiego przechodziłem. Ta para to Beata i Łukasz. Dziewczyna wcześniej chodziła z moim bardzo dobrym kumplem, Mateuszem, ale z dość dziwnych przyczyn ich związek rozpadł się. Zawsze mi się wydawało, a może było tak naprawdę, że same ruchy tej dziewczyny potrafią uwieźć faceta i rzucić jej na kolana. Pamiętam nawet taki czas, pod koniec pierwszej klasy liceum, kiedy Beata próbowała chyba mnie poderwać, jednak nie zauważałem wtedy tego, być może nie chciałem zauważać. A że nie mam w zwyczaju rozbijać związków, teraz jest z Łukaszem.
 Ten natomiast zawsze wydawał mi się inny niż reszta. Nie chciałbym w jego określeniu używać jakichś mocnych słów, ale chłopak przez większość naszej znajomości wydawał mi się dość oryginalny. Być może, że jego dziecinne wypowiedzi skłaniały mnie do postrzegania go jako niedojrzałego, może trochę naiwnego. Jednak poza tym jest z niego dobry kumpel, i choć chodziłem z nim jeszcze do przedszkola, to nie utrzymywałem zbyt wielu kontaktów. Aczkolwiek sprawy, któe z nim podejmowałem, bądź przysługi o które prosiłem, zawsze wypełniał w sposób dla siebie najefektywniejszy. I za to go w jakiś sposób ceniłem.
 Nastepnym chłopakiem był Marcin, jeden z tych wesołków, choć nie głupich. Szczególna dość osobistość, bardzo inteligentny z zacięciem do ścisłych przedmiotów i mechaniki, w ogólnym tego słowa znaczeniu. Zawsze znajdywał z Łukaszem wspólny temat na płaszczyźnie motoryzacji. Niekiedy jego żarty mogły złościć co poniektóre osoby, jednak nie dało się go lubić. Słyszałem od niektórych opinie, że jest chamem... o sobie też takie rzeczy słyszałem. Więc pozostaje mu to wybaczyć. Osobiście nigdy do niego nic nie miałem.
 Ostatnią osobą, która z nami wtedy wyruszyła, była Renata. Dziewczyna o tyle dla mnie szczególna, że kiedyś coś mnie z nią łączyło. Coś wymykającego się zamkniętej hermetycznie formie koleżeństwa i przyjaźni, a wybiegające w sferę związku dwóch ludzi, młodych ludzi. Pamiętam, jak swojego czasu zawzięcie chodzilismy na spacery, rozmawialiśmy, czekając na rozwój naszego "związku". Chyba czekaliśmy za długo, nie robiąc nic, gdyż po niespełna kilku miesiącach nie bylismy już parą. Dziwne jednak, że Beata i mój dobry kumpel przestali ze sobą chodzić tego samego dnia. Rzecz jest o tyle bardziej niezwykła, że Renata i Beata to bardzo dobre koleżanki, a według mnie ta druga miała większy wpływ na moją byłą. To w prostej linii skłania mnie do myślenia, że nasze podwójne chodzenie nie rozpadło się bez przyczyny. Aczkolwiek nie miałem o to pretensji, gdyż w pewnym momencie to całe pseudochodzenie przestało być ekscytujące, a zaczęło irytować i nudzić za razem.
 Początek naszej wycieczki obwieścił zegar "na ratuszu", czyli niedawna inwestycja gminy, znajdująca się na szczycie magistratu. Dość długie, żelazno-czarne wskazówki zlały się w jedną, dłuższą, skierowaną dokładnie w stronę czarnego nieba, a przygrywały im dźwięczne, rozchodzące się na pół miasta pojedyncze uderzenia dzwonów. Co prawda mielismy o tej porze być na miejscu, to jest na cmentarzu, jednak przeciągające się czekanie sprawiło delikatne opóźnienie.
- To jak, wyruszamy? - zapytałem, nie chcąc czekać na ludzi, którzy przyjdą, albo i nie, zależnie od ich widzimisię. Nastała chwilka ciszy, po której ktoś zakrzyknął, żebyśmy wyruszali. I tak własnie się stało.
 Zaczęliśmy iść wesołą gromadką, naśmiewając się w duszy z ponurej nocy, której w centrum nie było widać w żadnym wypadku. Zalewające nas kolorowe światła doskonale odstraszały mityczny strach i powagę nocy. Przechodziliśmy początkowo przez skate park, gdzie pod pomnikiem, usytuowanym w jego środku, siedzieli jacyś ludzie, przeważnie zaraz odchodzący w sobie tylko znane strony, nie wytrzymując przejmującego zimna, potęgowanego siedzeniem na zimnej, kamiennej podstawie wzniosłego pomnika.
 Im dalej od centrum, tym nasze otoczenie zaczęło się zmieniać. Pojawiały się już tylko pojedyncze szyldy sklepów, zapraszających klientelę w rózny sposób, czy to urządzając przeceny, czy to pakując produkty w podwójne pudełka z napisem "50% Gratis!". Nie uszliśmy dobrych trzystu metrów, kiedy nasza droga zaczęła przebiegać wokół koćioła Najświętszej Maryi Panny. W zimie obiekt ten nie wygląda zbyt przyjaźnie wraz z otaczającym go gruntem. Choć wiernych zawsze wita dość dużych rozmiarów, szyldopodobny, przyklejany na szerokiej metalowej blasze obraz z nabożnym textem, to mnie w nocy zawsze to miejsce odstraszało. Być może, że z religią zawsze byłem na bakier, nie dlatego, że jej nie lubiłem, ale jej doktryny i zasady wydawały się dla mnie nieco bajkowe. A może dlatego, że przechodziliśmy koło kościoła w tak nieodpowiedniej porze dnia, gdzie noc nie oszczędzała swoich barw na zniekształcenie konturów monumentalnego niemalże budynku, gdzie ogołocone z jakiegokolwiek przejawu życia drzewa machały pokracznie i demonicznie swoimi nagimi gałęziami, gdzie podwyższony teren dodawał temu miejscu jakiegoś jeszcze gorszego wyrazu, przywodzącego na myśl nawiedzone kaplice z horrorów, a wylewające się, nieco mdłe, światło zza kolorowych witrażowych okien dopełniało niesamowitego wrażenia. To wszystko sprawiało, że nie chciałem po prostu patrzeć na to wszystko i czym prędzej chciałem się zatopić w swoje myśli, albo beznamiętne rozmowy znajomych.
 Droga jednak nie oszczędzała mi możliwości widoku na to miejsce, a to dlatego, iż trasa na cmentarz zawsze przebiega dokoła kościoła. Oczywiście można wybrać inną drogę, nadkładając przy okazji kilku kilometrów, wolałem więc przecierpieć nieprzyjemne wrażenie tego miejsca i nic nie mówić.
 Od tyłu budynek kościoła wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie. Nie było tam niemalże żadnego oświetlenia. Ciemność zalewała wszystko, a skrawki światła dobiegające z ulicznych latarni, rozmieszczonych co jakąś odległość, rzucały tylko prawie niezauważalne refleksy na zacienione obszary, potęgując tylko fantastyczne wyobrażenia rzeczy, które mogły się znajdować za kościołem. Przez czarne, żeliwne pręty płotu, wpływające w równomiernym odstępie w betonowe filary, widać było niemalże wszystko... wszystko, co chciała zobaczyć bujna wyobraźnia.
 Spojrzałem więc w drugą stronę, kiedy szedłem z tyłu grupy. Idąc półkolistym chodnikiem, odrgodzonym z jednej strony barierką od ulicy, a z drugiej metalową, wysoką na ponad metr, zielonkawo pomalowaną poręczą, z której farba schodziła tak samo szybko, jak my ze spadzistego terenu przy kościele, mogłem zobaczyć część panoramy miasta. Właściwie nie była to część miasta, a tereny przylegające niejako do niego, czyli działki, altanki działkowe i tego typu rzeczy. Często na tych terenach odbywały się młodzieżowe ogniska, czy imprezy. Teraz jednak nie widać było żadnego płomiennego światła, obwieszczającego wszem i wobec dobrej zabawy. Zamiast tego ludzkie oko dostrzegało połacie czerni, z których wyłaniały się pojedyncze oznaki cywilizacyjnej aktywności, czyli jasne, białawe światełka, pozostawione tutaj Bóg wie komu. W oddali natomiast widoczne były oświetlenia jednorodzinnych domów, znajdującej się na podlasiu i w drodze na cmentarz. Idący tą drogą przechodzień zawsze miał bardzo miłe efekty wizualne, podobało mi się z tej strony moje miasto.
 Szliśmy nadal chodnikiem wyłożonym polbrukiem, który w pewnym czasie pojawił się w naszym mieście jak grzyby po deszczu. Wszędzie go było pełno, szczególnie właśnie w drodze na cmentarz i na podlasiu. Zawsze to jakaś zmiana w porównaniu do popękanych i nierównych, szarych płyt chodnikowych, pamiętających chyba jeszcze czasy Gierka. Ta droga była natomiast wyśmienicie oświetlona, aż człowiek zastanawiał się dlaczego - czy ze względu na to, że jest to droga na cmentarz, czy może z powodu znajdującej się za cmentarzem, polsko-rosyjskiego przejścia granicznego, zapraszającej czterdziestoprocentową rzeszę bezrobotnych do drobnego przemytu i zasilania podaży taniego alkoholu i papierosów. Tak, czy inaczej ta droga w wieczór zawszze była tak jasna, jakby chciała udawać dzień. I udawało się jej to na przekór wszystkiemu.
 Nasze rozmowy zaczęły się powoli kończyć. Choć przeważnie były to jakieś żarty, w których nigdy nie gustowałem, to nie lubiłem, jak w większej grupie panowała cisza. Wystarczało, że ja zawsze byłem cicho i nieangażowałem się w zbędne pogawędki.
 Właśnie w tym cichym czasie podszedł do mnie Marcin z Łukaszem. Wyciągnęli z plecaka tego drugiego gumowe maski przedstawiające swego rodzaju szkarady, które po bliższych oględzinach napawały bardziej smiechem, niż strachem. Aczkolwiek na pierwszy rzut oka zielonkawa "cera" potworów, dorobione niemalże perfekcyjnie jasne, rzadkie włosy i powykręcane miny mogłyby przyprawić o atak serca, w dodatku na cmentarzu, grubo po dwunastej w nocy i w Święto Zmarłych.
- Ale będą jaja - powiedział Marcin z uśmiechem na twarzy.
- No... - odpowiedziałem mu z jeszcze bardziej szyderczym wyrazem twarzy...
 Dziewczyny szły z przodu, nie wiedząc nic o naszych planach. Nie chcielismy się z nimi dzielić takimi nowościami, gdzyż wiedzieliśmy jaka będzie na to reakcja. Oczywiście posypałyby się stwierdzenia, żę to głupie, niedojrzałem że nie można się tak zachowywać na cmentarzu i inne tego typu moralizatorskie stwierdzenia. Nie mówię, że któreś z nich było nieprawdziwe, jednak trzeba było się trochę pośmiać.
 Polbrukowa droga ciągnęła się niemalże w nieskończoność. Oświetlana aż do znudzenia pomarańczowawym światłem dobiegającym z latarń rozstawionych w również do znudzenia regularnych odstepach sprawiała wrażenie strasznie monotonnej. Jak zawsze w takich wypadkach, większa grupa ludzi dzieliła się na mniejsze. Łukasz szedł ze swoją dziewczyną, inni zmieniali się w rozmowach, ja szedłem z tylu, przysłuchując się nieco bezsensownym konwersacjom, nie prowadzącym do niczego. Od czasu do czasu dodałem coś od siebie, sygnalizując, że jeszcze żyję i idę z nimi, czasami odpowiadałem na zadane pytania, mówiąc wcześniej "co?", wyrywany z zamyślenia.
 Idąc spotykaliśmy po drodze jakichś ludzi, przeważnie Monika mówiła do nich rytualne "cześć", z rzadka rozmawiając chwilę. Dziewczyna bowiem znała chyba pół miasta, zapewne wynikało to z jej szczególnego nastawienia do ludzi i niesamowitego charakteru, który przyciągał do niej osoby jak światło świecy ćmy. Dość często mijały nas samochody, wyraźnie przekraczjące dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym, jadącym to w stronę granicy, to w stronę miasta. Nikogo to nie dziwiło, w tym mieście to było tak samo normalne, jak wyjście do sklepu po chleb czy mleko.
 Przeszliśmy na lewą stronę chodnika. Tutaj latarni było jakby mniej, zapewne z powodu dość wąskiego terenu. Prócz przebytej drogi, gdzie się nie spojrzało, otaczała człowieka ciemność. Na lewo znajdowały się ogrodzone pordzewiałymi siatkami i bramami tereny tartaku, gdzie dostrzec było można poukładane starannie kremowego koloru deski. Na dalszym planie znajdowały się budynki należące do tartaku, które pamiętam jedynie z wycieczki w czasach przedszkolnych, a które teraz zapewne zmieniły się kilka razy. Z drugiej strony nigdy mnie one szczególnie nie interesowały, oglądałem je tylko w drodze na cmentarz, które to podróże również nieczęsto się odbywały. Prawa strona naszej grogi prezentowała się iście makabrycznie. Gdzie okiem sięgnąć było ciemno, prawdziwie ciemno, tylko w oddali majaczyły oświetlenia miasta, które tutaj wyraźnie już się skończyło. Czerń tych terenów zlewała się z listopadowym niebem. Wprawne oko mogło dostrzec ze sporym trudem pościskane mrozem trawy i szeroki pas lasu, biegnący pod samą granicę i biegnącą u jego boku piaskowo-kamienną ścieżynę, która pozwalała w szybszy sposób dostać się nad jezioro, a prawdę mówiąc do domu jednej z dziewcząt.
 Dochodząc do cmentarza nasze głosy ucichły totalnie. Zaczęła się magia nocy Święta Zmarłych. Dość wysokie ogrodzenie cmentarza z kamiennych bloków dokładnie oddzielało tereny wiecznego spoczynku naszych krewnych od cywilizacyjnego zgiełku i tworzyły mistyczną granicę, o której wiedział każdy, a nikt o niej nie wspominał. Cmentarz jest położony na równie charakterystycznym wzniesieniu jak leżący w mieście kościół; przypomina to dość wysoką groblę, na której nie widać co się dzieje. Niesamowitego, nieco strasznego uroku temu miejsca dodawały obdarte przez chłód drzewa i krzewy, gęsto porastające okołocmentarne tereny. Te również stwarzały wrażenie przy każdym podmuchu zimnego wiatru, jakby żyłu i chciały dosięgnąć, złapać przechodnia i wciągnąć go do tajemniczego świata śmierci i umarłych, z którego nie ma powrotu. Chyba dlatego postanowilismy tu przyjść... Dla tego niesamowitego wrażenia. Oczywiście nasze oczy pszykuła jeszcze jedna, najbardziej istotona rzecz tego całego spektaklu. Łuna... miedziano-złota łuna wznosząca się ponad cmentarzem... jakby na jego terenie panował gigantyczny pożar. Oczywiście taki niesamowity efekt dawały setki zapalonych, ku czci i pamięci zmarłych, zniczy. Kochałem ten widok. Zawsze napawał mnie jakimś trudnym do opisania wrażeniem, jakby się czuło w powietrzy kontakt ze światem zmarłych, jakby gdyby można było z nimi porozmawiać, wypowiadając zwykłe słowa, jakimi posługują się śmiertelni.
 Zaczęliśmy wchodzić po kamiennych stopniach prowadzących na cmentarz. Ostatnie spojrzenie w tył na zostającą za nami na jakiś czas cywilizacją. I widok przed sobą - pierwszych, witających nas w ognistych łunach nagrobków, wyrastających w niesamowitej krasie i przepychu. "

No i skończyła się moja alkoholowa krucjata... 3 dni balowania, 3 noce poza domem...

Wszystko się zaczęło, kiedy wyszedłem z siostrą z domu do brata nad jezioro. Sister miała jechać do Niemiec, więc chciała sięspotkać z bratem, porozmawiać i się przy okazji pożegnać. Poszliśmy dość normalną drogą, jeśli chodzi o jezioro. Zaszliśmy tylko do sklepu, w którym siostra chciała kupić papierosy. Od razu, kiedy tylko przekroczyliśmy próg sklepu, usłyszeliśmy krzyk sprzedawczyni. Okazało się, że to koleżanka z klasy siostry, zaczęła się gadka, co tam i jak tam u obu z nich. Najlepszy byl motyw, jak panna wyciągnęła browarka, podała go siostrze, ofkoz sobie też polewając. Mi też się dostała wareczka. No i mamy motyw: baba w sklepie, sama, obsługuje ludzi, pije na loozie piwko i wszystko jest git:) Już wtedy wiedziałem, że się srogo będzie działo.

Po jakimś czasie zaczęliśmy iść dalej. Padał deszcz. Czułem w sobie narastające, lekkie zdenerwowanie, które jednak w dobry sposób tłumił spożyty alkohol. Troszkę się denerwowałem, miałem się bowiem spotkać nie tylko z bratem, także z jego kolegami, choć tym się nie przejmowałem, no i dziewczyną, z któą rozmawiałem jakiś czas na necie, która chyba coś czuła do mojego brata, dokładnie nie wiem co tam było między nimi, nie wnikałem. Tak czy inaczej ona była moim stresorem. Już pierwszej nocy, kiedy byli tutaj wszyscy, razem, zapraszali mnie nad jezioro, do siebie. Miałem niby wcześniej jechać na biwak, jednak czułem się na tyle źle, że sobie to odpuściłem. I nie chodzi o to, że mnie coś bolało, czy coś w tym stylu.. nie, nic z tych rzeczy. Po prostu nie miałem w ogóle humoru, nic nie chciało mi się robić, a już przeciwległą granicą tego wszystkiego było załatwianie całej gamy spraw związanych z biwakiem, czyli transportu, namiotu, jedzenia, alkoholu, etc, etc. Nie miałem nawet zamiaru się w to bawić. Kilka SMSów, które do mnie przyszło tego wieczora, ofkoz od Marty, dziewczyny "z netu", utrwaliły mnie w słuszności mojego wyboru.

Kiedy dochodziliśmy do domku, w którym mieszkał brat z kompanią, dało się słyszeć pojedyncze krzyki i śmiechy. Nawet chcialem w tym momencie poznać Martę, nie z fotki przesłanej na maila, ale normalnie. Wiedziałem, że ona też. Po chwili byliśmy na miejscu, w domku, a raczej na jego ganku, przywitanie z bratem, z Martą, zapoznanie się z kumplami brata. Na pierwszy rzut oka kompania wydała się całkiem sympatyczna, i taka rzezywiście była. Tak samo, jak nowa koleżanka.

Pierwsze spotkanie z nią ograniczyło się do prostego cześć-przytulenia, kilku spojrzeń, wymiany prostych słów. Jednak żal mi się jej troszkę zrobiło, kiedy zobaczyłem w jaki sposób kumple i sam brat odnosili się do niej, choć tylko w żartach, wszyscy to wiedzieli, to znam wiele dziewczyn, które zajebałyby po tym takiego focha, że głowa mała. Ona to wytrzymywała, może się godziła, sam nie wiem, może była przyzwyczajona... Zasługiwała na więcej... już niedługo potem  przekonałem się o tym na własnej skórze.

Postanowiłem zostać z nimi na noc. Zakładałem taką możliwość, dość często tak z bratem robiliśmy, zostając tam. Imprezka, która się rozkręciła, była dośc wesoła, co prawda niektórym potem włączył się lekki agresor po wódzie, ale dało się to przeżyć, zresztą nie o tym chciałem mówić, bo nie to mi zostanie w pamięci po ich przyjeździe.

Dokładnie nie pamiętam przebiegu całej imprezy, jednak najważniejsza i najprzyjemniejsza część wryła mi się doskonale. W pewnym momencie imprezka zataczała się w stronę końca. Razem z Martą poszliśmy spać. Mieliśmy dość, nie alkoholu, po prostu imprezy. Weszliśmy do ciemnego domku... jak to się stało, że na pięć możliwych, wolnych łóżek, my wybraliśmy jedno i to samo, ofkoz razem w nim lądując...? No tak, przeznaczenie;)

Położylismy się. Jakieś rozmowy, mało znaczące, o duperelkach... zaczęły kwitnąć i przeradzać się w poważniejsze tematy. W dość szybkim czasie przytuliłem ją do siebie. I nie było w tym nic zdrożnego. Po prostu ją do siebie przytuliłem. Leżałem więc w samych boxerkach w łóżku z dziewczyną, którą poznałem praktycznie tego samego dnia, rozmawiając o przeróżnych sprawach. To, co kiedyś pisałem o Monice i takiej nocy, spelniało się, tylko, że z inną dziewczyną. Gorzej? Nie. Tutaj było dodatkowo więcej fizyczności niż w moich marzeniach. Czułem przy sobie Martę, jej ciepło... wszystko tak, jak miało być. Rozmawialiśmy dalej... leżeliśmy... przytulaliśmy się. Buziaczki w policzek... rozmowa... ciepło... względna ciemność... bardzo przyjemnie... nie wiedziałem, czy zrobię dobrze i czy ona tego nie zrozumie źle czy opacznie, ale postanowiłem ją po prostu pocałować... I po chwili nasze usta się spotkały... po jakimś czasie ponownie... nie tylko usta... i nie zrozumiała tego źle... Leżeliśmy nadal... praktycznie przez całą noc i połowę dnia, mniej więcej do południa. Nie spaliśmy, ja nie spałem... cieszyłem się "chwilą". Wszystko niemalże było tak, jak miało być. Pomyślicie pewnie, że brakuje tu jeszcze jednego elementu rozwojowego w takiej nocy...? Nie, raczej nie... nie chciałem próbować iść w to dalej... noc i tak była bardzo udana.

Mógłbym teraz pisać o tym wszystkim, o tym, jak było przyjemnie tej nocy, ale nie mam zamiaru; z jednej strony po prostu nie dałbym rady opisać tego wsyzstkiego... z drugiej strony to nie ma sensu... przekonalem się o tym, kiedy mówiąc o tym wszystkim qmplowi, usłyszałem pytanie: "did`ya cucked her?". Tak, żart, ale trochę mnie wkurzył i wiedziałem już, że nie ma co tłumaczyć tego wszystkiego. Powiedziałem mu, że może kiedyś się sam dowie o czym mówiłem. Podobne pytanie zadał mi kumpel brata, też go spławiłem.

Następna noc nie byla już tak udana, choć przyszedłem nad jezioro tylko po to, aby mieć taką powtórkę z rozrywki. Egoistyczne? Może... Kiedy mielismy iść spać, Marta powiedziała mi, że po jeszcze jednej takiej nocy mogłaby sobie "coś" pomyśleć... Nie chcialem tego słuchać, bardzo chciałem spędzić z Nią.. cholera... się samo napisało wielką literą... trudno.. bardzo chciałem spędzić z Nią jeszcze jedną taką noc, ostatnią, ponieważ następnego dnia miałem jechać na osiemnastkę z noclegiem u kumpla. Domagałem się swoich "racji", jednak Marta pozostała nieugięta... Ostatnie co mi po niej pozostało to lekko wilgotny ślad na ustach, w kilka sekund przed tym, jak poszła do innego pokoju...

Osiemnastką, ktora odbyła się następnego dnia nie należała do najlepszych imprez, jakie przeżyłem. Było tam kilka osób, które znałem, raczej dość sporo z samej klasy, resztę poznałem... większość to metale, znajomi solenizanta. Przyznam się, że większość imprezy myślałem o Marcie... wyleczyła mnie z Moniki jak najlepszy doktor... babiarz ze mnie..? Czy może moja "miłość" to tylko urojenie..? Mam to kompletnie i do końca w dupie, w ogóle nie mam zamiaru się tym przejmować. I wcale też mnie nie obchodzi to, jak to wszystko wygląda...

Wrócilem do domu następnego dnia, tj. dzisiaj, po trzech dnaich balowania. Już mi się nawet nie chce dalej bawić.

Nom... tyle by było z opisu, myśli jak narazie pozostawię dla siebie.

Dawno nie bylo noty... no więc się zabieram do pisania..

Wypadałoby zacząć chyba od urodzin Moniki, na których jednak byłem... mialem nie iść, potem mialem iść, zmienialo się ta decyzja kilka razy. W ostateczności jednak zawędrowałem tak z kilkoma osobami, przy czym na miejscu było jeszcze kilka mi znanych i solenizankta. Złożyłem życzenia, dałem prezencik... początek impry jak stypa. Ludzie siedzą... coś się zaczęło dziać, jak na salę dostał się jegomość o imieniu Szampan. Konwencjonalne "stolat", toast z plastiku... zero alkoholu... nie oszukujmy się, choć solenizankta mówiła, ze nie kupuje alkoholu... Polska nie potrafi się bez neigo bawić. Choć miałem z qmplem iść niedługo po rozpoczęciu, znaczy po złożeniu życzeń i "stolat", zostaliśmy jeszcze "trochę", wcześniej zahaczając o monopolowy i wynosząc z niej dość ostrą kobietkę, z którą się potem bardzo dobrze bawiliśmy... imię nie jest ważne, ale się nazywała Wódka Bols, nawet miała tytuł szlachecki "Lemon". Przyanam się, całowałem się z nią... no, może nie bezpośrednio... znowu przez plastikowe usta... rozumiecie... bała się chorób... no i ja zrozumiałem. Tak czy inaczej okazała się niewystarczjącą zdobyczą dla mnie i kumpla... dlatego zostawiliśmy ją pod stołem i nie chwaląc siętym wyszliśmy z imprezy. Solenizankta nie dopytywała się o naszą wspólną dziewczynę, chyba była trochę zazdrosna;) Najpierw kumpel porozmawiał z Solenizantką, wytłumaczył swoje szybkie wyjście... potem przyszła moja "kolej". Porozmawiałem trochę z nią, powiedziałem, że miałem i tak iść wcześniej, choć powodu nie podałem. Dlaczego? Bo uslyszałem, ze solenizantka nie jedzie na biwak, początkowo myslałem, że dlatego iż ma spać w namiocie ze mną i kumpem no i jeszcze jedną dziewczyną, choć jej nie biorę pod żadną uwagę. Źle się z tym poczułem. Porozmawiałem z nią, dowiedziałem się, że po prostu sięboi teo jeziora... że słyszała, że wiele osób się tam utopiło, takie historie.. Nie wierzyłem w to, nadal nie wierzę. Jak to pod wpływem dobrych dziewczyn, szczególnie tych starszych "czterdziesto... letnich", moja odwaga zrobiła się jeszcze bardziej odważna i bez oporów mogłem prowadzić rozmowę z Moniką. Zapytałem, czy to, że nie jedzie jest spowodowane moją osoba; zaczęła się tłumaczyć, że nie, że gdyby tak było nie zaprosiłaby mnie tą imprezę, a bardzo chciała, żebym przyszedł. Nie byłem na tyle zauroczony dojrzałością mojej, niedawno zapoznanej w monopolowym, dziewczyny, tą jej "czterdziestką", żebym wyjechał jej z pytaniem w stylu: "A może zaprosiłaś mnie po to, żeby nie mieć wyrzutów?" Powstrzymałem się, może nawet nie, nie było potrzeby, to tylko było moim impulsem... Przeleciał niezauważenie. Przytulilem ją do siebie, powiedziałem, że muszę iść, że "dziękuję za zaje... (cisza...:) ) za wspaniałą imprezę", wyszedłem. Poszedłem z qmplem do domu, odprowadziłem go, porozmawialiśmy. Przyjaciel.. staliśmy się przyjaciółmi... Nadal budujemy ten związek, on i ja.

Nie chodzi o ten jeden raz... chodzi o ogół rzeczy, o sam fakt, o samo istnienie... przytulenia. Zwyczajne podejście do siebie dwójki ludzi... i obwiązanie się rękami. Niby nic, niby prosta sprawa, a osobiście znajduję w niej bardzo wiele zrozumienia i pocieszenia. Proces bowiem nie dzieje się na etapie fizycznym, ale psychicznym. Fizycznością tylko zapoczątkowujemy to... podchodzimy do kogoś... i.... przytulamy się, albo przytulamy do kogoś... to też jest spora różnica. Przytulając kogoś dajemy mu oparcie w sobie, dajemy na chwilę siebie, dajemy mu poczucie, że nic się w tym momencie złego nie stanie, że opiekujemy się tą osobą. Że jesteśmy z nią i jej pomożemy. Ale do tematu... fizycznośc tozapoczątkowuje, potem jest tylko doznanie psychiczne, niemalże nie do opisania... praktycznie czujemy ciepło tej osoby, czujemy ją na sobie, czujemy zapach, oddech... po prostu ją czujemy... I na chwilę nas nie ma.. odlatujemy, stajemy się na chwilę nicością, przenosimy się i jakbyśmy byli w nirvanie. A to tylko oplecenie się rękami...

Dziś biwak. Nie jadę. Spytałem dziś w szkole Monikę, czy może zdecydowała się na wyjazd. Dalej jej odpowiedzią jest przeczenie. Więc ja też nie pojadę - odpowiedziałem. I tak pojedziesz... - usłyszałem w lekkim żarcie, w który chyba nie miałem wierzyć... zresztą... czy to ważne..? Nie jadę również dlatego, że moje samopoczucie sięga granicy między "ok" a "dół".

Zresztą to chyba po części przez to, że Monika miała dziś jakiegoś dołka, jak sama mi powiedziała: "Chyba wstałam lewą nogą". No i mnie zarazila... zacząłem troszkę o niej myśleć, o tym wszystkim... ale się na to uodporniłem. W jakimś stopniu. Dośc, potem coś może dopiszę, bo mnie coś guffka boli.

 

Kiedy stawałem do walki byłem nagi i bezbronny... chyba wtedy nie wiedziałem nawet, czy walczę, czy uciekam... to nie miało znaczenia. Wszystko i tak zmierzało do tego samego.

Ocknąwszy się, zdawszy sobie sprawę z tego, co może się zdarzyć, co może mnie spotkać uzbroiłem się... Zanurzyłem pięści w misie, wypełnionej potężną bronią... nazwano ją wiara. Powiadam wam, potężna to broń, potęga jest jednak dla tych, którzy potrafią ją udźwignąć. Nie potrafiłem...? Potrafiłem, i to bardzo dobrze... ale broń okazała się za mała, za słaba na otaczający mnie świat.

Problemy, które się pojawiły szybko dostosowały się do mnie, tak jak wirus, który się szybko mutuje. Moje poobijane pięści zaczęły niemalże skamleć o coś innego, coś, czy mogłyby odeprzeć ataki... Siła leży w mądrości. Mądrość jednak sama w sobie jest tylko znakiem do siły, samodzielnie jej nie stanowi. To, co poznałem, było słabe, to, co poznali ludzie, było mierne. Musiałem utopić dłonie w sferze, której nie było, i istniała zarazem, której nikt nie poznał, o której każdej wiedział, której każdy pragnął, bał się, dążył i stronił od której. I w ten sposób poznałem smak miłości. Potęgi strasznie... pięknej i niebezpiecznej zarazem. Ale broń okazała się skuteczna, przeciw wszystkiemu innemu. Nie poznałem niczego skuteczniejszego... jednak miłość się wypacza, staje się niema, sucha i boląca, jeśli nie jest zmieniana na inne formy. Istniejąc w jednej strefie umiera, kurczy się, topnieje... Wreszcie ten odradzający się, słoneczno-ognisty feniks zamienia się w demoniczny kształt, pragnący smutku, złości, żałości... karmiąc się tym sprawia, że w jego głebi pojawia się znowu świetlisty ptak, ale nigdy nie osiąga już swojej wspaniałej krasy... I jakby kontrując, demoniczny kształt bardziej wzrasta w siłę, kiedy feniks pojawia się na te kilka chwil... potem trzeba dostarczyć więcej smutku, więcej żalu... więcej bólu... Zauważyłem mojego demona... i zauważyłem ptaka... Chciałem go uratować... nurzyłem dłonie we wszystkim, co było mi dane; miłość, wiara, nadzieja, mądrość... wszystko, czego mogłem dostąpić stało się moim sprzymierzeńcem... Walczyłem, walczyłem... do bitwy dołączyła się postać w bieli, dołączyła się przyjaciółka. Przyjaciel walczący słowem... słowo silniejsze od miecza... jej słowo biło mocno, biło skutecznie, ale to ja musiałem zabić bestię. Poszedłem więc do przodu... straszliwe słowa nadal poskramiały potwora... jedno trafiło mnie... następne, kolejne... "co się dzieje?", kolejne, następne, ciągle i ciągle... zaczęła się ze mnie sączyć krew, strugi, ciepła posoka lała się wszędzie, bolała upadając na ziemię... patrzę na swoje zbrukane juchą ciało.. nie.. nie mam... w okolicy serca czerwono-czarna dziura... i nic nie pompuje we mnie uczucia... Potwór pożerający serce... odchodząca postać w bieli...

Leżę na zimnej posadzce... już nie pamiętam od jakiego czasu... próbuję się podnieść... i za każdym razem tryska ze mnie krew... i więcej... i więcej... "skąd to się bierze?"... już dawno poczułem jej metaliczny smak w ustach... a nadal się sączy ze mnie... już dawno obrosłem w karmazynową skorupę... Podchodzą do mnie ludzie... nie znam ich... oni mnie znają... po krwawych rytach, które tworzę w bólach... podchodzą "wrogowie"... "o, też mają taki problem...". Ale mają w sobie inną siłę...

Rozmawiałem dziś z takim "wrogiem". Bardzo miło mi się rozmawiało. Podobno rozgryzła moją "tajemnicę"... zobaczymy...

Zbliża się biwak... padła z ust jednej dziewczyny informacja, że będzie spać ze mną w namiocie, ze mną, jednym kumplem i... ofkoz Moniką...

Kiedyś chciałem... noc, jedną noc... nie "taką" noc... po prostu noc... chcę móc popatrzeć jak zasypia... jak nie musi się bać "co powie"... niech nic nie mówi... popatrzeć... pogłaskać po włosach... móc dotknąć... dać jej poczuć to, co czułem... jedna cząstka spaliłaby ją, rozżarzyła, zaznałaby smaku uczucia... podobno był ktoś... jest ktoś...? Niebawem się dowiem. Poznałaby, że nie czuła takiego gorąca... nazywam się Milijon. Bom cierpiał za miliony. I żaden z miliona nie cierpiał jakem ja cierpiał i żaden z miliona nie kochał, jakem ja kochał. Doszedłem dalej, na najwyzsze szczyty, za najdalsze rzeki, wzniosłem się w chmury, w białe, puchowe obłoki, osiadłem na nich, rozmawiałem z fantastycznymi ptakami o krainach niedosiężnych, ich mowa była niezwykła, jednak dla mnie zrozumiała... i potrafiłem się znaleźć z nią, sam na sam, w środku nocy... pod gołym niebem, pod gołym stworzycielem... i potrafiłem dla niej poruszyć posady świata, myślą zmienić świat, duchem tworzyć świat... z fantastyczną mocą płynącą z niej. Gra świateł...

fafarafa | milutka86 | serduszko-karolinki7 | militarnehobby | diabelniespi-zbylekim | Mailing