Archiwum - sierpnia 2004

Dzisiejszy dzień to kolejny z przełomów... ogolnie mozna brać pod uwagę te aspekty i okrzyknąć go jednym z 'tych' dni... koniec wakacji... początek roku szkolnego... wyjechała Natalka... wszystko się zaczyna spiętrzać...

Znowu te same twarze na codzień, te same ograniczające twarze...

Wpadł kumpel. Dałem mu prezent na jego 18... porozmawialiśmy ogólnie o tym wszystkim... zagaił o Natalkę.. niby jak wyobrażam sobie to, że ona tam, a ja tu... powiedziałem, że nie wiem, że będzie jak będzie... ale zacząłem myśleć... powrót do szkoły - powrót do rozmyslań. Znowu spotkania z Moniką... wspomnienia... na dodatek się dowiedziałem, że Renata, moja była, będzie u kumpla na osiemnastce... dziwne... nie wiedziałem, że ona... po prostu dziwne...

Natalka wyjechała... a ja to niemalże w sobie olałem... w sumie nie stało się nic wielkiego... przyjedzie w weekend, czyli za 3 dni... trzy dni, które zapowiadają coś większego... może kolejne motywy z serii 'cierpień'? Jakoś znudziło mi się zaczynanie jakiegoś związku i od razu doznawanie bólu z tego powodu. Chyba nie tędy droga...

Nie wiem jak się zachować w stosunku co do niektórych ludzi z klasy... rzeczywiście moje do nich podejście zmieniło się w niektórych przypadkach o 180 stopni... i nie wiem teraz, co zrobić.. okazując im swoją niechęć skrzywdzę przez to inne osoby, a tego nie chcę... wszak muszę strzec jednej tajemnicy... więc pozostaje mi tylko obłuda...?

Sprawy szkolno-techniczne... zaczynamy rok semestralny... a ja nie wiem z czego mam zdawać maturę, o! A najlepsza część tortu to to, że się tym nie przejmuję...

I w takim właśnie dziwnym poczuciu piszę tą notkę... dużo się dzieje... coraz większą prędkość osiąga mój życiowy pociąg, który nie wiem dokąd zmierza... może nawet nie chcę wiedzieć..? Tak czy inaczej chyba zaczynam wiedzieć, co oznacza 'rozumieć'. Zaczynam rozróżniać i pojmować to, jak kiedyś rodzice mówili, że jestem za młody, żeby zrozumieć niektóre rzeczy.. bo te są 'dla dorosłych'... I gdybym mógł, wolałbym nie rozumieć... najgorsze w tym wszystkim jest to, że to my sami zmuszamy siebie do rozumienia... zazwyczaj za wcześnie, za szybko i w najgorszym czasie... i nie mamy mocy sprawczej by cofnąć czas...

Gdzieś w sobie próbuję zbudować coś, co zawsze stało we mnie jak niewzruszona budowla... jednak każda budowla zaczyna się sypać.. kruszyć kamień po kamieniu... wiedzieliście, że nasza cywilizacja, a raczej jej architektura dopuszcza osuwanie się budynków o ok. 17 cm na sto lat...? Moja budowla jednak nie zachowywała się tak... znam ludzi, którzy swoje budowle próbują podtrzymywać za wszelką cenę... i wiem, że moja upadła zwyczajnym tchnieniem... jakby coś ją popchnęło... to się chyba zaczęło od Moniki... a potem leciało, leciało... nabierało rozpędu... i chyba się rozpadło... a teraz się toczy... dalej i dalej... a ja nie wiem kiedy się zatrzyma...

Próbowałem znaleźć fundamenty tej budowli... ba! Nawet mi się udało... jej podstawa zawsze była niewzruszona... i zawsze potrafiłem odnaleźć w sobie stałą, która pozwalała odnaleźć coś.. moc... coś, co mi pomagało... zmagać się z tym wszystkim...

Nie lubię takich emocji, jakie teraz mam w sobie.. może właśnie dlatego w tym momencie piszę..? Żeby się ich pozbyć...?  To, co zawsze mnie podpierało, zamazuje się.. staje się jakieś niewyraźne, jak za mgłą... nieuchwytne nie tyle oku, co czuciu... I wypełnia mnie dezorientacja...

W ogóle nie wiem co dzieje się na moim drugim, kobiecym froncie... mianowicie u Marty... dziś wyskoczyła z dziwnym textem na gadu... rozmawialiśmy o czymś, a ona powiedziała, że chciałaby mieć dziecko.. rodzinę, męża... ogólnie chyba chodziło o coś, do czego mogłaby wrócić... mówiła coś, że nie żałowałaby, gdyby 'wpadła'... oczywiście nie znaczyło to tyle, że chce to zrobić... po prostu wpadł jej do głowy 'głupi pomysł',  jak sama to określiła...

Nie wiem czy nie powinienem być szczery względem niej w tej sprawie... z drugiej strony jeśli jej powiem, wiem, ze nastawię się całym sobą na Natalkę... a jeśli z nią nie wyjdzie znowu będę przybity... pozostawiając 'drugi front' potrafię się do tego wszystkiego jakoś bardziej zdystansować... spojrzeć z każdej ze stron... umiem zauważyć, że Natalka nie jest aż tak ważna... zawsze zostaje coś innego... i z drugiej strony - jeśli coś się popsuje z Martą, jest Natalka...

A może to jest myślenie w stylu - Natalka na teraz, Marta na potem..? Tylko czy potem nie będę tęsknić za 'teraz'...? Ale na dziś dzień wychodzi na to, że Natalkę zostawiam sobie na czas trzeciej klasy... potem, studia, zapewne kontakt się poprawi z Martą...

I po co ja się w to zagłębiam..? Po raz kolejny... jakby to miało jakiś sens...

Grzmi.. fajnie grzmi.. ostrom, ocno.. tak, jak lubię... głośno.. notka po %%, sory za błędy.

Brat jutro wyjeżdża... miał wyjechać dziś.. ale 'coś' poszło nie tak... nawet nie wnikałem co... wreszcie będe móg sie spotkać z Natalee. Po ostatnim śnie zostało tylko mdłe wspomnienie, nie ujawniające nic z tamtejszej potęgi... nic a nic... sen... zniknie...

Zapowiedzi jutra, to znaczy poniedziałku szykują sie nieźle... załatwięchyba dawno oczekiwany przeze mnie i Natalee film - mianowicie Blair Witch Project... chcemy to razem obejrzeć... dodatkowo ja chcę się z nią spotkac wcześniej, niźli koło 17-18... nie wiem czemu... może moje hormonalne 'ja' ubzdurało sobi jakieś dzikie mniemanie, że w te wakacje straci męską cnotę...? W sumie bylo

Denerwuje mnie mama, ze stwierdzeniem, ze nie jest to dziewczyan dla mnie, ponieważ nie powiedizała jej w odpowiednim momencie 'dzień dobry' i 'nie wstała' kiedy leżeliśmy oboje na łóżku. oglądając film... zdenerwowało mnie to... mocno... wychodzi cały konserwalizm mamy... i się nie dziwię chyba... ale nadal mnie to denerwuje... zaraz będę na studiach i co to zmieni, jeśli nie będe z tą, czy inną dziewczyną teraz, czy za kilka miechów..?

Poza tym na rodzinnym biwaku wyszło na jaw, że Natalee to moja 'dziewczyna'.. W sumie nie wiem kim dla mnie jest... klasyczna metodoligia zakreśliłaby to jako 'dziewczyna + chopak'... spotkam się z nią... są pocałunki... rozmawiamy razem.. choc nie wiele...

Jednak mam w myślach ciągle myśl, że wszystko to sie skończy z dniem roku szkolnego... że wszytko pryśnie dokładnie tak, jak wakacje.. dla wielu jak jeden dzień.. mało do zapamiętania.. wele z chęci do zapamiętania... dla mnie jedkan zostanie coś więcej... chęć bycia z Natalee... jest ładna... na swój styl... mądra... ma to coś.. coś niewinnego... co w dziewczynie pociąga... co wyzwala w facecie jakież pożądanie... jednocześnie mwi mi, ze była u swojego 'byłego' do którego wracałą 7 razy:/ magiczna liczba, ale nie czuję się na siłach, aby konkurować z jakikolwiek facetem, tym bardziej z takim, do którego dziewczyna wracala siedem razyu:/

Z drugiej strony jest Marta... dziewczyna, z którą pierwwszy raz 'spałem' (podkreślenie)... nie powiem, żeby było nie miło... choć pojawiły się momenty, które niemalże zepsuły totalnie moją magiczną chwilę... ona pozostała dla mnie dziewczyną, którą naprawdę pierwszy raz pocałowałem.. i która ten pocałunek odwzajemniła... poza tym, że nic już w naszym 'fizycznym' zbliżeniu nie doszło... pozostała dla mnie ważna... posiada cechy, które pragnąłbym widzieć u Natalee... może wtedy chciałbym z nią stworzyć soś na poważnnie? W sumie podoba mi się w Marcie jej... hm... w pewnym sensie uroda... chić różni się ona od Natalee... może ją tu stawiam za wzór...? Nie wiem...tak czy inaczej Marta ma fajny tyłeczek... jest ogólnie bardziej rozwinięta... w sumie różnica między 16-19 lat jest... tak czy inaczej Marta jest bardziej odpowiedzialna... stroni od używek, co mi bardzo imponuje w towarzystwie, w jakim się obraca... poza tym.. kocha mnie chyba... czuję w niej niesamowite ciepło, które ucieka z niej, z tej samej strony, z której ucieka ze mnie.. ze strony ojca...  ona i ja nigdy nie poczuliśmy go... jednocześnie denerwują mnie jej niektóre zagrania.... jak np. chęć zdenerwowania mnie w momencie, kiedy nie jestem totalnie na to gotowy.. ba! Jestem w stanie zaryzykować jej znajomość w imię swojego spokoju (siebie stawiam na pierwszy miejscu)... ostatnio mnie zdenerwowała do tego stopnia, że byem w stane jej powiedzieć 'spierdalaj'... do końca...

Tak sięjednak niestało... brat jednak usłyszał text w podobie, że Natalee jest moją dziewczyną... my jednak ustaliliśmy, że nie nazywamy tego, co jest między nami... przynajmniej na razie..

To się jednak skończy wojną...

Czuję to... pierwsza rzecz, którą brat powie Marcie, będzie ta nowina... znam to skądś...

Właśnie się obudziłem. Miałem sen... jak dobre połączenie filmu sensacyjnego i kryminału... Najpierw działo się coś, czeo teraz nie mogę połaczyćw spójną całość... potem pamiętam, że w domu byo pełno ludzi.. tak jak i 'teraz'. Wszędzie rodzina.. coś robią, krzyczą... ogólny chaos. I gdzieś wokół tego, wśdród tych ludzi Natalka... wyłowiłem ją z tłumu... pociągnąłem za rękę do pokoju... był pusty... unosił się tu lekki zapach papierosów...popchnąłem ją na łóżko, żeby się położyła... chciałem się do niej przytulić. I przytuliłem. Jak zawsze.

Potem znowu cośbyło, gdzieś szedłem... po coś.. ze mną banda ludzi. Pamiętam, że kiedy na coś czekaliśmy włączyły się zraszacze do trawy.. jednak wszędzie była ziemia, zwyczajna, czarna ziemia... Staliśmy czekając na coś... kropelki wody delikatnie spadały na wszystkich... z tyłu, w ciemności pojawiły się dwie osoby. Nie poznałem ich w pierwszej kolejności. Kiedy weszły do światła, bez problemu poznałem dość szybki, charakterystyczny chód jednej z osób... była piękna... w jasnych spodniach, różowej bluzce z polaru.. z ładnei ułożonymi włosami... nawet makijaż mi się podobał... osoba okrążyła łukiem kilka stojących osób... szła w moim kierunku... to była Monika.. uśmiechnięta.. tak... mądrze... podeszła do mnie i bez żadnych słów przytuliła... mnie do siebie... Wtuliłem się w nią... wyszeptałem jej, że tęskniłem... że tak dobrze, że już jest...

Ten blog to narzędzie, które pozwalało mi odkrywać siebie. Jeślibym miał napisać wszystko, o czym teraz myślę...

Umówiłem się z Basią na wyjście na cmentarz... hm... albo inaczej...

Kiedy tam doszliśmy, nie wiedziałem dokładnie gdzie mamy iść. Myślałem, że go pochowano na 'nowym' cmentarzu. Jednak nie. Doszliśmy po chwili na miejsce docelowe. Zauważyłem po zdjęciu, zaczepionym na zwyczajnym krzyżu... nie zdążono jeszcze z pomnikiem - pomyślałem. Grób był w jakimś takim dziwnym miejscu, wydawało mi się, że usypany jest prawie na kilkunastocentymetrowych przejściach między grobami... jakby był na drodze... Obok leżała rozwalona płyta nagrobkowa... od razu nasunęło mi się na myśl, jakby ktoś to rozwalił, rozkopał grób i zrobił miejsce dla niego... Wokół wszędzie wieńce... 'kochająca siostra'... 'kochanemu koledze'... wszyscy tak go kochali, że chłopak nie wytrzymał i targnął się na siebie... szopka. Zwyczajna szopa, w której 'żałujący' aktorzy pokazują, że jednak oni nie byli obojętni na niego, że to nie ich wina, że stało się tak, jak stało... jesteśmy na pogrzebie.. mamy wieniec i znicze... niech ktoś to zobaczy... żałujemy... żal mi... ludzi.

Dowiedziałem się dziś rzeczy, których wolałbym się nie dowiadywać. Niewiedza jest w istocie błogosławieństwem... ale to nie znaczy, że jest to dobre... dowiadując się różnych rzeczy mamy szansę pomóc...

Ktoś bardzo mocno skrzywdził osobę, na której mi zależy... ale niestety to już się stało... i nawet jakbym chciał coś zmienić, to nie dam rady... nawet zemsta na tej osobie byłaby chyba nietaktem...

Właśnie ten kawałek gości teraz w moich głośnikach...

Wiele się wydarzyło przez ostatnie dni... nawet na biwaku sporo się działo, choć byliśmy... choć byłem tam tylko jedną noc.

Kiedyś opowiem całość, teraz tylko to co zaczyna mnie niepokoić.

Biwak jak to biwak - nie obchodzi się bez alko. Dużo się tego polało, była okazja, byliśmy razem, mogliśmy pić, w sumie po to przyjechaliśmy. Pojechaliśmy z browarami, których nie wiem ile wypilem, po prostu nie pamiętam. Potem poszła ciężka, czterdziestomilimetrowa artyleria. Zgubiłem się i w niej.

Było ciemno... słońce dawno skończyło już swojąwędrówkę nad nami, a jej brat wysuwał gdzieś okruchy świetności swojego jasnego kompana. Zaczęło błyskać... pojedyncze krople deszczu spadły na ziemię, zraszając dniową suchotę. Powiało zimnym tchnieniem. Nie pamiętam gdzie byłem... chyba przed domkiem. Siedziałem z Basią. Łza, druga trzecia... deszcz i smutek zmyły się razem na mojej twarzy... ktoś przyszedł, ktoś, kogo nie miało przy mnie być w tej chwili. Ktoś, kto mnie nie rozumie, hipokryci zamykający się w swoim świecie, nie dopuszczając do siebie prawdy. Oni przyszli. Ja poszedłem. Dalej, w dół, na trawę... padało, ciągle, mocno, zacinało. Gdzieś było słychać grzmoty... spojrzenia Boga przecinały jasno nieboskłon. Basia mnie wołała, ciągnęła za rękę, żebym nie szedł na dół... chyba myślała, że idę do wody... nawet nie miałem zamiaru. Alko trafił we mnie mocno, chyba w każdego... może to przez to, może to przez smutek, może przez zrozumienie... tak czy inaczej chciałem chwilę pobyć sam... chciałem jakoś shołdować jego śmierć... śmierć, której nie rozumiałem... i to mnie tak bardzo bolało... Usiadłem na przemoczonej trawie... bez koszulki, która nie wiem gdzie się podziała... w krótkich spodniach... seidziałem i płakałem... to nie był normalny płacz... nie pamiętam, żebym wcześniej tak płakał... przy mnie Basia, mówiąca coś, że jest zimno, żebym przestał... coś krzyczała... przyszedł jakiś kumpel, zapytał co jest; odpowiedziałem, żeby ją zabrał. Po chwili byłem sam... płakałem... mocno. Nie pamiętam, żebym kiedyś tak płakał...

Wróciłem na ławkę przed domek. Niesamowite zimno... zimny wicher smagał mnie po przemoczonym ciele. Pamiętam jak się trząsłem... Basia powiedziała komuś, żeby mi coś przyniósł do okrycia. Już się tak strasznie nie trząsłem... ale było zimno.

Następnego dnia, kiedy się obudziliśmy jeden koleś powiedział mimochodem, że 'łapałem fazy'. Racja, to nie było normalne... ale to nie była faza... po prostu gdzieś musiałem dać upust temu co we mnie siedziało. Dla nich pewnie to jest jednak tylko zachowanie po wódzie. I jest w tym coś z prawdy. Jednak dla nich ta niedawna śmierć nie jest tematem, z którego można robić 'coś'. To chyba kolejne z wydarzeń w wakacje... Coś, o czym zapomnieli.. zapomną po kilku dniach. Coś, o czym nie ma sensu myśleć... jakie to jest proste... aż zachęcające... nie myśleć, nawet nie myśleć o niemyśleniu... nie dopuszczać do siebie pytań typu 'dlaczego?', 'po co?'... odgrodzić się szczelnie od tego... i jak najszybciej zapomnieć...

eda | halenamiotowe | pieluchy | polkowicz | kolektorysloneczne | Mailing