Archiwum - stycznia 2005

Jakiś czas temu, bodajże wczoraj, rozmawiałem, jak często się zdarza, z Misią na gg. Nagle padło pytanie z Jej strony:
- Marku, myślałeś o smierci...? - Tak - odpowiedziałem nie kłamiąc.
Dalsza część dość delikatnej rozmowy potoczyła się gładko. Wypytałem dlaczego ten temat poruszyła. Odpowiedź zapewne ugięłaby mi nogi... nie stało się tak, gdyż siedziałem. Powiedziała mi, że Ona też o tym myślała. Jako osoba nie wierząca w boga, chciała iść do kościoła.. pożegnać się z tym wszystkim... miała wrócić, napisać kilka listów i najzwyczajniej w świecie...
Nie rozumiałem nieco Jej powodów. Zastanowiłem się: nie miała problemów w domu, nie jest z jakiejś patologicznej rodziny, ma oboje rodziców, którzy Ją raczej kochają. Ma niezłego brata. W szkole również nie ma problemów, jest jedną z lepszych uczennic. Również Jej życie osobiste nie było naznaczone tak wielkimi znamionami, ażeby mogła posuwać się do takich kroków.
Zapytałem, czy to, co się rodzi między nami, nie jest warte żyć, czy możliwość tworzenia czegoś podobnego przez nią i innych, potencjalnych facetów w Jej przyszłym zyciu nie jest warte życia. Odpowiedziała, że spokanie(nia) ze mną odwiodły Ją od tego zamiaru. Zamiar nie zawsze oczywiście się przekłada na czyny; do tego trzeba nie lada odwagi. Ale wspomniała, że byłaby na to gotowa - rodzina i przyjaciele nie zatrzymywali jej mentalnie.
To nie był jeden z tanich chwytów a`la >jak ze mną nie będziesz to się potnę<. Tu szło o coś więcej. Osoba jest zbyt inteligentna, dumna, żeby posuwać się do takich kroków. Tak czy inaczej poczułem w tamtym momencie, że komuś na mnie naprawdę zależy. Poczułem się przywłaszczony, jednak z dobrej strony.
Patrząc na to inaczej, wolę nie myśleć co by mogło się stać, gdyby w jakiś sposób nie doszło do naszego spotkania. Przecież to, że ją do siebie zaprosiłem, zakrawało na zwyczajny spontan. Po prostu powiedziałem, żeby wpadła. Byłem ciekaw jaką jest osobą w realu. Dwa tygodnie potem nie byłoby kogo zapraszać.
Powiedziałem jej, że dość to miasto miało już śmierci młodych ludzi; że nie chcę Jej stracić, nie teraz i nie w taki głupi sposób. Wiedziała... i dobrze.
Oboje wymieniliśmy się spostrzeżeniami, słowami, zdarzeniami, które nas do siebie zbliżyły. Mentalnie, psychicznie, czując jakąś przynależność, zależność. Bardzo dobry i miły stan.
Oglądaliśmy dziś u Niej Romeo i Julia, ten okrzyczany musical. Całkiem niezły (pokazowe sceny walki mieczykami)... Ale nie to tytułowo skradło nam czas. Potem przyszła do mnie. Oglądaliśmy Adasia i jego mistrzowskie loty. Potem zwyczajnie zajęliśmy się sobą. W pewnym momencie powiedziała, że musi iść. Było po 18, mniej więcej 18:30. Nie chciałem jej puścić. Po kilkuminutowym droczeniu się, powiedziała, że zostanie do 19, i ani chwili dłużej:) Pocałowałem Ją... tak... nawet miło. Tzn zawsze miło, ale tu było miło miło. I ktoś skradł pół godziny. Bo następną rzeczą był dźwięk ustawionego przez Nią na 19 budzika. Hym... zastanawiające... uprowadzony przez UFO na pół odziny...? Milusie uprowadzenie... których i Wam na koniec notki życzę.

Wiele się dziś wydarzyło.. jestem po %%, więc proszę o wyrozumiałość przy błedach literkowych w pisaniu noty. Zdarza się:) Do rzeczy..
Dzień zapowiadal się pod względem stresującego dość motywu spotkaania na warsztatach poetyckich. Dlaczego stresujące? Ano dlatego, że w życiu nei wiedziałem, że coś takiego jest, no, może słyszałem takie wyrażenei w życiu, ale nigdy nie myślałem, ze będę w tym uczestniczył. Miałem iść z Justyną. Z początku, kiedy o tym mówiła, nie wiedziałem o co chodzi; potem zapytała, czy nie chciałbym może iść z nią. Właściwie te zajęcia warsztatowte miałem głęboko.. no, może nie aż TAK głeboko. Ale poszedłem tam ze względu na Nią. Chyba dobrze się bawiła... przynajmniej tak mówiła. Choć stwierdziła, że zawsze była łasa na takie poetyckie rzeczy, mnie prowadzący, Wojciech Kass, zdenerwował już ja samym początku, wywnętrzniając się na temat 'mentalnych pustaków'. Nie ważne, o co chodziło, dużo by pisać. Potem poruszył całkiem trafne i ważne aspekty ludzkiego życia. Po warsztach poszliśmy na spacer. Myślałem, że mi łeb odpadnie - brak czapki i szalika w tych częściach Mazur daje się we znaki teraz. Nie chciałem jej psuć zabawy, szliśmy dalej.
Po spacerku myślałem, że dam radę ją zaprosić do siebe, na trzecią ratę filmu >Fanatyk<. W dziwny sposób oralne sprawy (tylko mi tu kurwa bez krańcowości) przeszkadzały nam się skupić. Tak wyszło... Jednak stanęła mi okoniem i nie dała się zaprosić... zaciągnąć... przyciągnąć... cokolwiek - nie przyszła. Ja też nie:)
Więc zeszło nam na rozmowie na gg. O dziwo, kiedy się mieszka o ulicę od siebie (nie, że trzebna przejść długość 500metrowej ulicy, ale wystarczy ją przekroczyć jak na zebrze), to zaspokaja w jakiś sposób potrzebę przynależenia. Zawsze jest mozliwość przejścia przez tą cienką, mazutową granicę i pobycie blisko siebie.
Potem zostałem zaproszony na impresskę. Nie tyle zaproszony, co miałem do wyboru snowboard, albo wódkę.. nie chciało mi się drałować na górę 3 km w jedną stronę, tyle samo w drugą + razy pod górę po zjechano-wywalonym razie. Poszedłem do kumpla z wódką z sylvestra. Był litr... całkiem niezły początek.. potem atmosfera moja i jednej koleżanki się zagęściła.. jakoś zaczęliśmy na siebie wchodzić... Nie ważne... dobry był motyw, jak wyszliśmy z tą włanie dziewczyną po zapojkę.. przychodzimy, namiętnie dobijając się około 1 min w domofon, a tu koleżanka, wchodząc jak do siebie, widzi starych kumpla, u którgo była impra. My w totalnym szoku, nie wiemy co mamy mówić... Okazało się, że tamci schowali wódkę... wątpię, żeby starzy się nie pokapowali.
Potem poszliśmy do koleżanki... innej. Nie wiedziała, że mamy ją nawiedzić... kiedy zaszliśmy wszystko było ok, choć gosopdarz (koleżanka, jak to się kurwa odmienia w formie żeńskiej?? - gospodarka?:/) powiedział, ze od nas wódą jebie... jak dziewczonki się wdały z ojcem gospoda(rki?)w rozmowę, przy której byłem obecny, wątpię, żeby nie skleił się o co chodzi. Piliśmy u niej jak smoki. Przyszedł po czasie brat gospodarki, któremu po czasie ubzdurało się, że będzie mówić mi, co mam robić. O kurwa, płachta na byka.
Po drodze , tzn. przez cały ten czas, dostałem parę razy po twarzy... ogólnie, nie dlatego, że zasłużyłem, ze zrobiłem coś, czego nie powinienem.. zwyczajnie - daj rękę, upierdolą rękę i upomną się o ramię. Wkurzało mnie to onie od dziś. Upomniałem się o to. Nic. Powiedziałem, że jeszcze raz i będę oddawać. Nic (niestety nie podniosłem nigdy ręki na dziewczynę, zapewne nie podniosę). Nie lubię, kiedy się mnie nie szanuję. Ofkoz lubię żartować i się wygłupiać, co zarejestrowała podręczna kamerka nowej komórki kumpla, ale znam umiar tego. Poza tym nie lubię być zwyczajnie okładany bez powodu. Wybudza to we mnie jakąś stronę mnie, której sam nie chcę znać.
Rozmawiałem z nimi (dziewczynami) o tym, że jestem z Justyną. Na wieść, że jestem z byłą kumpla, u którego była impra (dobrego kumpla), wybuchły gromkim śmiechem. Nie rozumiałem tego... no, możew początkowym momencie... >o, ten, co odbił kumplowi dziewczynę<... Ale to wcale nie tak. Kiedy my ze sobą rozmawialismy na powaznie ( i to przez gg! ), oni już ze sobą nie byli. Sprawa była prosta. Zwięzła. Męska. Tylko w waszym, kurwa, babskim świecie, bo jak na mnie około 75% czytelników tego bloga to kobiety, to nie jest zrozumiałe. Was nie można jakoś przekonać, że to normalna sprawa...
Wyszliśmy z tamtąd. Poszliśmhy na spacer... ja nadal z dziewczyną,z którą rozmawiałem wcześniej... z gospodarką. Kiedy patrzyłem, co się u niej dzieje... kiedy widziałem jedną pannę, która siedziała, chyba nawet się całowała z chłopakiem, do którego mówiła, że nic totalnie nie czuła, nie czuje i czuć nie będzie... kiedy patrzyłem na drugą koleżankę, która siedziała na kolanach gimnazjalisty, pierdoliła do niego pijacko-podrywającym farmazonem, zachowując przy tym maximum kurestwa i jej dominacji, która doprowadza mnie do szewskiej pasji, kreując ją na Nefretete, bezczelnie nie pasującą do naszego świata, zwyczajnie miałem dość (nawet nie wiem, czy coś zrozumieliście z tego zdania... i wiecie co..? Mam do gdzieś).
Wyszliśmy na spacer... szliśmy, rozmawiałem z gospodarką. Całkiem nieźle.. rozumem ją. Kiedy jestesmy sami, potrafi sięprzy mnie uzewnętrznić. Miło. Można wzbudzić czyjeś zaufanie. Rozmawailiśmy, aż doszliśmy do pewnego momentu. Zatrzymaliśmy się. Podeszli do nas po części inni. Ja na moment odszedłem, powiedziałem, że nie chce mi się tu siedzieć, że idę do domu. Kumpel i małolat zaczęli coś mówić. Może nie, w ten sposób: kumel zaczął coś mówić, małolat szczekać:) Podszedłem w pewnym momencie do kumpla, przy którym stal małolat, który mnie już dość podkurwił, powiedziałem mu, chyba dość szczerze, że czuję, czułem... że tu nie należę... do tych ludzi, do tego otoczenia. Chodziło mi dokładnie o dwie dziewczyny, które do nas dołączyły. Nie rozumiał. Może nie musiał. Poszedłem sam. Szczekali.
Zauważyłem, że kiedy byłem na imprezach, nie takich jak ta, innych, mniejszych, nie potrafiłem się odnaleźć w grupie. Ok, było tak: zachodzą ludzie, idziemy do knajpy. Kupujemy piwo. Siadamy. Zaczyna się rozmowa. I ludzie opowaidają coś o imprezach. Pierdolą farmazony na temat, jak to się najebali, jaki okres czasu im wypadł a pamięci, co mówili starzy, co kumple, kto opowiadał resztę najeby, ile zjarali, etc. Żal. Myślałem, że coś ze mną nie tak. Że nie wiem o co im chodzi... że nie wiem, z czego się śmieją... Ale po spędzeniu kurwa zwykłych, i nie zwyjłych w swym przebiegu, kilku dni, nie wykraczających poza tydzień, zrozumiałem, że nie muszę siedzieć przy ludziach, którzy opowiadając jakieś z chuja zbite rzeczy wprawiają mnie w stan zwany >Lucid Dream<. Że nei muszę spędzać tego czasu z ludźmi, którzy szydzą ze mnie, bądź nie respektują tego, co kocham, w co wierzę, i co mi odpowiada. Hipokrytyzm totalny. Właśnie, to, co kocham..
Rozamwiając o Justynie, jedna z dziewczyn niemal wyrzuciła mi to, dlaczego jestem właśnie z Justyną. Jedna sprawa, to to, że to >była< mojego kumpla. Co z tego..? Drugi aspekt zrozumiałem jako to, że czegoś jej brakuje... czego...? Nie wiem. Możenie jest boginią piękności, za to jej wnętrze wypierdala wszystko - zasysa dwie te, samotne od niepamiętnych czasów, hipokrytki, mnie i kumpla. Miesza i stwarza na nowo z podstawowych budulców. Przy niej zwyczajnie się dobrze czuję. Przy nich nigdy nie mogłem, choć chciałem. Przy niej mogę, nawet, kiedy nie chcę.
Powodzenia Wam i pozdrowiania.  

Tia... jakby nie patrzeć, przebiegają w całkiem ciekawy sposób... choć to już ich schyłek, wydarzyło się całkiem sporo...:)
Jak wcześniej - nie zrobiłem prawie nic w kierunku nauki:) No zwyczajnie czytam >Rozmowy z Katem< dalej.. przebrnąłem przez około 120 stron... na 400 całego wydania. Za pasem jeszcze napisanie pracy z polaka i histy - choć z tym nie powinno być większych problemów.
Dziś na dodatek dostałem SMSka od siostry z Niemiec... zapraszała do siebie na tydzień; wyjazd w pełni sponsorowany. Poznałbym wreszcie jej przechodniego narzeczonego, bo z tymi jej chłopakami to istna telenowela brazylijska. No, w sumie było ich dwóch, ale podobno kocha jednego, tego, z którym jest teraz... to nic, że chłopak jest z Maroka:)
Natomiast znajomość z Koleżanką, nazwijmy ją wreszcie i używajmy na razie tego imienia - Justyna, rozwija się w bardzo szybki i bujny sposób. Nie tam, żebym był jakoś przeciwko... jest całkiem nieźle... Poza tym usłyszałem dziś od niej kilka komplementów, na które każdy facet jest łasy. Po prostu z takim impetem przypierdoliła w moją próżność, że aż mi się słodko zrobiło...
Rozmowa zeszła jakoś na motyw naszego spotkania... bo i z tym była niezła zabawa.. w sumie Ona myślała, że ja żartuję z tym, że chciałbym, żeby do mnie przyszła... wyszło tak, że do ostatniej chwili nie wiedziała, czy jestem poważny. Byłem. Wskazałem jej miejsce, w które ma przyjść. Ofkoz się zgubiła (). Poszedłem po nią.
Pierwsze spotkanie było całkiem miłe. Początkowo gładko przeszło przez granicę dotyku. Potem było przytulanie - horrory wieczorem to wyśmienity patent na tą rzecz, jakby nie patrzeć. Potem jakiś czas się nie widzieliśmy (Ona uczy się w innym mieście). Myślałem, że znajomość się ochłodzi, podobnie, jak to było eony temu z Renatą. Ale jednak nie. Jedno spotkanie... drugie. Trzeci to był juz przypięczetowaniem dłuższej znajomości z możliwością metamorfozy w coś innego. Gwoździem do tej trumny (??) był bezczelny pocałunek. Nie, żeby ktoś go nie chciał, nikt się za bardzo nie opierał, ale czegoś tak długiego w życiu swoim krótkim jeszcze nie robiłem. (U)Bite 5-10 min. Jak mi dziś powiedziała - zobaczyła wtedy po nim chyba wszystkie gwiazdy. Po jakimś czasie dodała, że nikt jej tak jeszcze nie całował, że rzeczywiście jestem o wiele bardziej doświadczony, niż jej się wydawało... przynajmniej w tej kwestii. Zdziwiła się nieźle, kiedy jej powiedziałem, że jest praktycznie trzecią dziewczyną jaką całuję. Kolejne komplementy dotyczyły wieku... Jakoś wyszło tak, że odpowiadają jej chłopcy starsi od niej. Fakt - jest młodsza o rok. Argumentowała to poczuciem bezpieczeństwa i mojego, pozornie, większego doświadczenia.
O dziwo nie tylko te sprawy układają się świetnie. Mogę wreszcie z kimś porozmawiać na poziomie, czego, nie ukrywam, brakowało mi mocno. Nawet z kumplami już nie wystarczały rozmowy; większość tematów przegadanych. Tutaj jest nowa gleba do zasadzenia ziarenek konwersacji. Nawet nie tylko na tematy czysto >inteligentne< czy >naukowe<. Po prostu rozmowę można przekierować na inny tor bez przejmowania się, że rozmówca nie załapie o co biega. Jakoś przy niej nie mam zahamowań. Bez problemu nawet zahaczyliśmy (znaczy się ja) o temat sexu. Z Nią. Powiedziała, że nie ma się co spieszyć, że jest czas. I to nie w sensie postanowienia, zapytała mnie też o to. Potwierdziłem.
Jak na mnie rokuje to bardzo ciekawe sytuacje na przyszłość.
Pozdrawiam.
W podstawówce, czasach zgoła już odleglych, około piątej klasy, może jeszcze w gimnazjum nawet, nie pamiętam dobrze, chodziłem na obiady do pewnej knajpy, dość znanej z tego w moim mieście, do której zresztą chyba nadal uczęszcza spora grupka wyrostków. W knajpie, poza zjedzeniem czegoś ciepłego, można było spotkajć znajomych z klasy, porozmawiać, spędzić trochę czasu na stopie innej niż szkolnej. Z drugiej strony nie aż tak bardzo luźnej, gdyż to tylko posiłek, żadne pole do zabawy.
Knajpa była prowadzona przez pewnego faceta. To znaczy jest prowadzona. Czas idzie do przodu, ludzie się zmieniają, kierownik knajpy też nieco się zmienił, ale nadal sprawuje pieczę nad interesem. Kiedy byłem małym dzieciakiem, przychodziłem tam na obiad z plecakiem dwa razy większym i cięższym ode mnie samego, kiedy widziałem tego faceta, przychodziły mi na myśl jakieś dziwne rzeczy. Człowiek był głośny, dużo krzyczał. Nie lubię ludzi, którzy krzyczą bez powodu. Wtedy też nie lubiłem. Kierownik był (z perspektywy dziecka) rubym, niskim facetem, pamiętam go w zabrudzonej bluzce, prawie że menelce (tej koszulce na ramiączkach, charakterystycznej dość), choć w rzeczywistości nie wiem, czy naprawdę tak wyglądał. Jeśli chodzi o charakter... lew w swojej jaskini, pan dżungli w głuszy róznych bezrobotnych pułapek, które każdy z personelu omijał, ciesząc się z niemalże głodowych racji, urabiając się po łokcie każdego dnia.
Pewnego razu poszedłem, po raz kolejny zresztą, z kumplem na obiad. Spieszył się. Nie zjadł prawie zupy. Drugiego dania coś skubnął, coś podziobał, odniósł talerze. Poszedł.
Po chwili przyszedł do mnie z krzykiem ów głośny jegomość, z głośnym pytaniem gdzie >ten drugi<. Myślałem, ze w tym momencie zadławię się kartofelkiem, który chyba przeżuwałem. Ze zwyczajnego, dziecinnego strachu. Odpowiedziałem, że spieszył się, coś tam dodałem. Facet impulsywnym krokiem odszedł, był najwyraźniej zły.
Po co piszę tą historię? Sam nie wiem... kiedy mi się przypomniała, pomyślałem, co bym zrobił teraz, kiedy mam te 19 lat. Zapewne bym og opierdolił równo z ziemią, facet by dostał zawału serca i skończyło by się przyjazdem ambulansu. Człowiek w miarę rozwoju nabiera czegoś, co można by nazwać asertywnością. Łatwiej to podpiąć jednak pod bezczelność. Wracając jednak... przypomniało mi się to, a w drugiej chwili zobaczyłem, jak ten sam facet trzyma w ręku szpikulec do lodu i z wielkim impetem wbija go w oko osobie, która nie dokończyła jedzenia. I po prostu zabija.
Nasunęła mi się na myśl refleksja... na temat osoby ze szpikulcem w oku. Zdalem sobie sprawę, jak ludzkie życie jest kruche, i jak niesprawiedliwa jest taka śmierć. Żadna nie jest sprawiedliwa, tym bardziej osoby młodej. Plany, nadzieje, emocje... wszystko kończy się przez jeden głupi kawałek twardszego od ciała materiału w przykładowym oku. Kolejny świat odchodzi w doczesności piekła. Prawdziwe. Smutne.
Dzień Święty Święcić...
No to uświęciłem, razem z Koleżanką.. poszliśmy razem na spacer cieszyć się pieknem świata boskiego, obrazem jego doskonałości na ziemi...
Mazury wyglądają iście pięknieo tej porze roku... Jakiej porze roku? Tej, kiedy spada taka ilość śniegu. To nie jest normalna rzecz.. oczywiście śnieg to nie jakieś objawienie, ale niekiedy pada w bardzo szczególny sposób... osadza się na niektórych rzeczach... na pieniach drzew... na znakach drogowych... zasypuje odważnie grubymi warstwami białego puchu samochody... toruje przejście z domu do sklepu...
Najładniej wyglądają chyba lasy o tej porze roku, w takim dniu... sypiący śnieg, jak kiście fantazyjnych owoców, obwiesza czarno-nagie, zmrożone gałęzie, przydając im fantazyjnej urody, którą nieczęsto się widuje... wszędzie, gdzie okiem sięgnąć widzi się biel... bezkresną biel stykającą się z pobrudzonymi, szaro-brunatnymi chmurami, zlewającymi się na widnokręgu z drzewami... niebo, ziemia i natura... stykające się w splecionym tańcu.
Przyjemna wydaje się cisza... Idąc, słyszy się tylko w oddali pojedyncze odgłosy cywilizacyjnych silników... w miarę odchodzenia od miasta, jest tego coraz mniej... mniej... mniej... aż wreszcie zauważasz, że jesteś na prawie że totalnym odludziu... nie - jest tu cywilizacja... jakieś domki... jakieś kurorty... opuszczone, ciche, bezgłośne... nie ma nawet spacerowiczów... tylko nasza dwójka... rozmowa, cisza i my.
Są tego i złe strony - niekiedy po prostu trzeba iść gęsiego. Albo wracać do domu w przemoczonych rzeczach. Choć z drugiej strony nie mogłem się oprzeć i nie paść na plecy na nieskażonym jeszcze nikim śniegu i nie wykręcić orzełka...:) Ładny wyszedł nawet... Koleżanka nie była dłużna.. tyle, że jej wyszedł aniołek.
Myślałem, że spędzimy dzisiejszego dnia ze sobą więcej czasu... wyszliśmy około 14:30. Wróciliśmy na miejsce, do cywilizacji, ludzi, samochodów, świateł, betonowej dżungli, mroku, kłutego latarniami około 17, jak dobrze pamiętam. Ale na tym się skończyło... chciałem ją zaprosić do siebie, odmówiła. Nalegałem, odmówiła.
Zapytałem, czy jutro się widzimy... może nawet to nie było pytanie, raczej chęć usłyszenia potwierdzenia wypowiedzianego przed chwilą stwierdzenia... usłyszałem to potwierdzenie... Ale usłyszałem, że spotykamy się u niej... w pewnym sensie zrozumiałem jej stanowisko... Trudno, zaraz już jutro, więc nie ma się czym przejmować...

pijanedoznania9 | belief | kobietki-pl | budujemydomy | dawidol | Mailing