Archiwum - października 2005

No, a teraz sobie siedze sam...
Bo qmpel poszedł... bo piliśmy browar i nie mam z kim pić...
A przede wszystkim dlatego, że moje Kochanie mialo sie ze mna spotkac, ale nie może...
Bo źle się czuje...
Bo jest chora...
Kurwa biorę ten Jej ból na siebie, wszystkie wy kurwy, debile, pedały, sqrvysyny, qtasy, i inne ostatnie...
Właśnie po to, żeby było Jej nieco lżej...
Nie powinna tyle cierpieć...
Nie wtedy, kiedy powinna odpoczywać...
Praca i cierpienie następujące po sobie nie są za dobre...
To nic, że się nie spotykamy...
Dzięki temu wiem, że nie mogę do końća ufać swojemu kumplowi..
Wypiliśmy kilka piwek, teraz wiem, że nie można mu ufać...
Wiem, że jeśli ktoś kłamie, to nie moja Pani... tak czy inaczej wirzę Jej bezgranicznie.. nie dlatego, że wierzę... zwyczjanie wydaje mi się takim człowiekiem....
od podstaw...
Kurwa jego mać, jak ja nienawidzę wcześnie wstawać. Wcześniej, niżbym chciał i wcześniej, niż muszę. No paranoja... od dwóch dni muszę wstawać prawie że razem z kurami, bo koło 7 rano... dla mnie pora nieprzyzwoita w tygodniu roboczym, gdyż ten u mnie charakteryzuje się wielką nie-roboczością. Więc spać można do woli. Tylko weekendy (w opcji 1) są pracujące i nie wspominam, że przez to muszę wstawać o barbarzyńsko wczesnej porze, w roli której jest magiczna liczba 6. Tragedia się potęguje, kiedy trzeba siedzieć na uczelni 10 h bezwiększych przerw, a przy kolejnym zjeździe czas się wydłuża delikatnie o 2 godzinki... Ale, ale... wracając do tematu... Jakaś sraka z dołu powiedziała, że coś z mojego osobistego balkonu jej na łeb kapie i faceci ze spółdzielni drugi dzień totalnie rozpieprzają i składają balkon... no paranoja. I muszę se wstawać o tej siódmej, bo Ci faceci przybywają kurna o 7.30. Chyba im też spania nie ma... A jak wstaję rano jestem strasznie... niemiły. Na picieszenie rurka z kremem - przyjeżdża Kochanie wreszcie dziś.
O...
Właśnie się skończył filmik o Chopinie na TVP2... całkiem fajny, nie powiem. O gniewie w dużej mierze, wywieraniu nacisku na innych...
Krótka dygresja co do własnej osoby: jeśli chodzi o gniew to nieczęsto się złoszczę. Jeśli już, wyprowadzają mnie z równowagi drobnostki, któe, wg mnie, powinny być na swoim miejscu; do tego stanu doprowadzają mnie też głupi ludzie. Ale jeśli już naprawdę się na kogoś zezłoszczę... trudno to już odkręcić...
Coś się zmienia... chyba wisi w powietrzu... niekoniecznie dobrego... na razie to tylko przeczucie, przeczucia jednak nieczęsto mnie mylą...
Kochanie poczuło się wczoraj gorzej... nic nie zrobiła, poszła tylko do domku, na stancję... denerwuje mnie Jej ignorancja względem stanu swojego zdrowia...
Dziś przyjechałem do siostry. W ten weekend kolejny zlot czarownic. Skoro jest okazja, piszę notkę, bo moja kochaniutka neostrada nadal nie dotarła do mnie... noszę się z poważnym zamiarem odwiedzenia mPunktu w Białym i rozwiązania sprawy po swojemu. A że notka chaotyczna... cóż, skądś musi brać się nazwa tego bloga, prawda...?
Słowa to tylko słowa... są narzędziem wyrażania uczuć... niekiedy są jak światło, które wpada do pryzmatu i rozmywa się na więcej barw...
Kiedy Kochanie powiedziało mi, że źle się czuje, poczułem, jakby Ona mnie bardziej wtedy potrzebowała... choć nie mogłem być z Nią i nic nie robić, będąc tylko z Nią podczas bólu, poczułem, jakbym i ja Jej przez to potrzebował bardziej... coś jak akcja i reakcja...
Doceniam Ją coraz bardziej... chyba coraz bardziej uczy mnie kochać, głębiej, na większej ilości płaszczyzn. Demony przeszłości, jedne pokonane, pokazujące mi jak bardzo się myliłem i jakie mam szczęście, że mam Ją, inne, traktowane rozumem i sercem, powracają, wypaczają mnie nieco, nie pozwalają do końca czuć...
Mam ostatnio w sobie dziwne pczeczucie... jakieś dotąt niezawuażalne dla mnie rzeczy stają się jasne... ale z drugiej strony - zdaję sobie też sprawę z rzeczy, z których mówłgym nie chcieć...
Zjazd... pierwszy, za mną. Całkiem niezły. Pierwszy dzień, sobota, fakt, długa. Ale jak na przekór - szybko zleciało. Pierwsze znajomości, żarty, spojrzenia... początki.
Ludzie mogą być, co prawda jest kilka osób rzeczywiście starszych, nawet tacy, którzy mogliby być moimi rodzicami, ale ponoć na naukę nigdy nie jest za późno... nawet jedna starsza babka chciała iść na starostę... niestety nie wybrali jej...
Drugi dzień był troszkę gorszy - wykłady ciągnęły się dłużej. Tym bardziej na prawie rzymskim. Długo, oj długo... no i angol mnie niczym miłym nie zaskoczył. Co prawda na próbnym teście byłem prawie najlepszy, ale babka okazała się mętna. Od razu podpisywanie jakichś śmiesznych rulesów, prawie jak gestapo. Szczerze - nie podoba mi się... ale trudno.
W White100ku miałem się spotkać z Martą. Zaprosiłem ją nawet, kiedy tylko przyjechałem. Nie chciałem, żeby pomyślała, że jej unikam, czy coś w tym stylu. Powiedziałem, że jeśli ma czas, niech wpada do mnie, pogadamy spokojnie sobie... odpowiedziała, że może wpadnie, że nie wie, czy będzie miała czas. Okazło się, że raczej nie miała... poza tym i tak tego dnia z kumplem, który dostał się na polibudę, zapiliśmy sobie. Biedaczek nie poszedł następnego dnia na ćwiczonka... a podobnoż obowiązkowe:P
Następne dni, licząc początek od złożenia prozpozycji spotkania, również w nic nie zaobfitowały. Potem okazało się, że Marta nie lubi mojej siostry i że ma za wiele wspomnień w tym pokoju. Mi nie chciało się wychodzić na jej dziesięć, może piętnaście minut, bo podobno więcej nie miała. Trudno. Idź więc do kolegi z roku na herbatę. Ja też stąd idę (czyt. gg - przyp. autora). Cześć. I tyle było po rozmowie. Delikatnie się wkurzyłem, ale to nic.
Przyjechałem do domku. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jak przyjeżdżam do domu, strasznie mnie to denerwuje. Już na wstępie, jak jedziemy autobkiem do miasta, biora mnie lekkie nerwy. Jak lawa zbierająca się pod Wezuwiuszem. A potem jak trafiam do domu, szczególnie do babci... denerwuje mnie wszystko, szczególnie członkowie mojej rodziny. Są tak przewidywalni, aż do bólu. I wkurwiają mnie na potęgę ich cechy. Małomiasteczkowe. Mam nadzieję, że nimi nie nasiąknę. Wczoraj nawet opierdoliłem za coś matkę. Nie pamiętam za co...
Do tego pod koniec dnia, koło wieczorka, ciśnienie podniosło mi Kochanie. Próbuję teraz zrewidować swoje postrzeganie niektórych spraw. Chyba dla ochrony związku nie powinno się mówić drugiej osobie wszystkiego. Nie z chęci zatajenia jakiegoś złego faktu, ale zwyczajnie po to, żeby druga osoba nie musiała po dowiedzeniu się czegoś, bombardować się potem przekształceniami tej myśli... domyślać się, obmyślać, przekształcać, doklejać... aż wychodzi coś zupełnie innego niż myśl początkowa, która to zaczyna coś psuć... chyba nie powinienem być do końca szczerym z Kochaniem... Właściwie to mogło by być nawet dobre... Te wczorajsze pytania sprowadzają mnie do ponownego myślenia... czuję się, jakbym znowu był w Niemczech... te Jej SMSy mi to przypominają... i nie powiem - bolą. Właściwie to nie wiem skąd pomysł, żeby zadawać mi tego typu pytania... bolącego typu...

eda | halenamiotowe | pieluchy | polkowicz | kolektorysloneczne | Mailing