Archiwum - lutego 2006

Egzamin z ekonomii; dziś:
Rzecz się dzieje w sali egzaminacyjnej; ludzie ładnie ubrani; typowy dla takich miejsc wystrój: ławki rozsiane po całej sali, biurko egzaminatorów, podium, na jego zwieńczeniu mikrofon, na ścianach głośniki; tłum ludzi
Akcja.
Główny bohater (GB) wchodzi do sali z dwojgiem znajomych: Marcinem (M) i Pauliną (P).
M: Gdzie siadamy?
GB: Tam, gdzie będziemy mogli pisać razem... o tam są miejsca - wskazuje miejsca z przodu sali, jeden rząd prawie całkowicie wolny
Siadają. Wyciągają swoje pomoce naukowe, legalne ściągi.
Nauczyciel mówi; długo, o zasadach panujących na egzaminie (proponuję improwizację aktiora); dochodzi do słów, na któe czekają wszyscy, a których spodziewa się GB

N: Za to, że państwo przyszli na egzamin, Ci, którzy dostali oczywiście 2 z poprzednich, teraz dostają automatycznie 3. (...) (Najlepiej kolejna część improwizacji, w stylu mówienia, że nie chce się obsadzać uczniów na takim przedmiocie) Reszta, którzy chcą poprawić ocenę z wcześniejszych pozytywnych, niech się przesiądą tutaj... wskazanie miejsca z przodu sali. Jednak jeżli osoby, które dostały oceny niedopuszczające poprzenio, gdy napiszą ten egzamin źle, 2 zostanie wpisane do indeksu.
Wielu studentów rozmawia między sobą przez moment, podnosi się ogólna wrzawa. Większość pozostaje przy opcji pewnej 3. Wykładowca mówi, że na kartce ze swoim imieniem i nazwiskiem należy napisać '3', żeby wiadomo było co się dostało. Studenci oddają kartki asystentce (wątpliwej urody).
N: Ci, którzy zdecydowali się pisać na więcej niż 3, proszę o przyjście tutaj... pokazuje znowu miejsca z przodu sali. Po chwili milczenia:
N: Za odwagę, Ci, którzy zdecydowali się pisać, automatycznie dostają 4. Ogólna radość piszących, coś w rodzaju 'och' tych, którzy postanowili nie pisać
N: Czy ktoś chce pisać na więcej niż 4? Cisza na sali, nie ma nikogo odważnego

Ach tak, w wartkiej akcji egzaminacyjnego ferworu zapomniałem umieścić GB, M i P. A więc: dwie pierwsze postaci zostały na poziomie '3'. P chciała poprawić ocenę, zrobiła to; na 5.
Morał?
Sprawiedliwości nie znajdzie się na studiach, na pewno już nie prawniczych...
Pozdrawiam.
Dziwnie się działo ostatnimi czasy.
Wszystko nabrało odmiennego tempa. Niekiedy nasze losy poruszały się ścieżkami, które niekoniecznie lubię. Jednak nadal ścieżki te były w pewien sposób kontrolowane. Chyba przez delikatną grę na nerwach i próbę swoich możliwości.
Kochanie, jak to powiedziało, chciało się nawet pokłócić.. w niecnym celu pójścia na dyskotekę... w końcu skoro byśmy się posprzeczali, łatwiej byłoby jej podjąć decyzję, żeby iść (czas dyskoteki z koleżankami kolidował z naszym czasem). Jednak, jak przypuszczałem, Kochaniu nic nie wyszło... może inaczej - nie nic nie wyszło, co po raz kolejny nasz czas razem okazał się ważniejszy od potańcówy z koleżankami. Nawet rozmawianie o tym, jak to robią żółwie i jeże była fajna...
Plany na przyszłość nieco się zmieniają... a dokładniej w relacji ja - szkoła. Proste to jak kod binarny.. zero i jedynka. Sucha rzeczywistość, jednak odpowiednio ułożona, nawet w gorszej opcji daje bardzo wiele satysfakcji. I nawet w tej tzw. gorszej opcji chciałbym aby doszło do skutku... zresztą... kto tak naprawdę powiedział, że to jest opcja gorsza...? Z drugiej strony być może - jedyna.
Poza tym - co to ma za znaczenie: zła, dobra... każda dobra, jeśli z Kochaniem.
I kolejny zjazd...
Tym razem po bardzo miłym czasie spędzonym z Kochaniem u Kochania... w S. Czas, jak zawsze, raczej nie do opisania... Bezcenny nawet ten z chichoczącą koleżanką w drugim pokoju...
Jest o co walczyć...
Po przyjeździe od razu zgiełk codzienności:
Zaliczenia, egzaminy, ćwiczenia... Z ekonomii znowu podobno oblałem, tak przynajmniej donoszą moje źródełka... Jak znam życie, egzamin będzie we wtorek - znowu będę musiał tutaj gnić. Filozof ze mnie na 3,5 - za to znawca podstaw prawa piątkowy.
Gdyby nie jebana ekonomia, można byłoby jakoś to wszystko przeżyć...
Czekam do jakiegoś wolnego czasu. Z Kochaniem... choć namiastka powtórki. Czekam... bo jest o co walczyć... walczę więc...

A więc po pierwszej egzaminacyjnej fali
Spodziewałem się większego przesiewu; testy były, przynajmniej pisząc z obecnej perspektywy, kiedy nie ma jeszcze ocen, banalnie proste. Każdy, kto miał przynajmniej elementarną wiedzę - napisałby.
Pytania ze wstępu do nauk były dokładnie takie, jak facio dał przed egzaminem. Poczciwy. Jeśli jeszcze ktoś to będzie normalnie sprawdzać - będzie ok. Wypierdoliłem się na nie jak ludziska na starej maturze - poczciwe 6,5 strony. Powinienem zaliczyć.
Następnego dnia, tj. dziś, wypadała filozofia. Nic w tym dziwnego, poza tym, że umiałem tylko jeden dział - etykę - a dodatkowo trzeba było umieć teorię poznania, a ja w miejsce tego zabierałem się do metafizyki. Tą też zresztą tylko zacząłem. A etykę przerabiałem wtedy, gdy byłem u Kochania w S. Czyli dawno temu.
Okazało się, że na ten egzamin nie trzeba było praktycznie żadnej wiedzy. No, dopsh - elementarną. Pytanie było podobne do tego, z grupy wcześniejszej. Posiadało podobne cechy merytoryczne. U mnie brzmiało mniej więcej: 'Wybrać jedną z teorii etycznych przedstawionych w książce lub na wykładach. Przedstawić jej podstawowe zasady i uzasadnić jej prawdziwość z Twoimi poglądami.' Wystarczyło więc znać cokolwiek z etyki, a to był pierwszy dział, prościutki.
Wybrałem więc jeden przykład, opisałem, podałem przykłady, odniosłem do swojego, wyimaginowanego kodeksu zasad. Poszło. Powinno być dobrze. Podobnie powinno być i we wtorek, z ekonomii. Choć za tym będę musiał się jeszcze nalatać. Dłuższa historia.
A tymczasem siedzę i się zamulam. Nie mam nic do roboty, tęskno do Kochania... PS2 leży w domku, czeka na mnie... FF X też czeka... A pobawiłbym się nimi... Kochanie też samo siedzi we wrednych S. Ale już niedługo... będzie dopsh. Pobędziemy razem.

Dziwne to życie jakieś...
Tyle mogę powiedzieć po kilku, niespójnych przemyśleniach...
Rozmawialiśmy wczoraj jakiś czas z Poohem na gg; o miłości itede. Dziś przesłuchałem dokładniej kawałek Incomplete. Panjowie śpiewają, że I`m awake, but my world is half asleep (ofkoz bez Ciebie). Rzeczywiście...
Bo co robimy bez Nich (tutaj pytanie retoryczne do tych, którzy posiadają swoje lepsze półówki)? Kiedyś się egzystowało, starało nie-zasnąć w życiu, ciągnęło się żywot, aby do następnego dnia, aby do następnego, a nuż pojawi się ktoś na horyzoncie? A jak się pojawił, pojawiała się też płonna nadzieja, która znikała tak samo jak się pojawiała... i znowu to samo, od nowa...
Ale kiedy się wreszcie spotkało lepszą połówkę było dobrze... ba! - było świetnie. Zdawało się,i zdaje nadal, sprawę z tego, że jednak warto było czekać, wstawać każdego dnia, żyć tylko po to, żeby dożyć następnych tygodni, że to wszystko miało sens, bo te kilka chwil ze znalezioną osobą wynagradzało wszystko to, co było. Zdawało się, że właśnie na to oczekiwało się całymi dniami i nocami; kilka chwil dających nadzieję na lepszą przyszłość...
Jak łatwo to zepsuć? Niepomiernie łatwiej, niż zbudować... jedno nieuważne słowo, które zraniło, które zmieniło... głupstwo, które zmieniło do siebie nasz stosunek... zmieniło... może rozbudowało..? W inny sposób, niekoniecznie w dobry... Ale jednak, nikt przecież nie mówił, że nauka musi być przyjemna i bezbolesna... A kiedy się sobą znudzimy..? No cóż... być może to nie to...? Ale razem spędzone chwile zostają, dają siłę. Razem spędzony czas daje doświadczenie, wie się już, czego się szuka, a czego nie... Uświadamia.
Miałem dziś pojebany sen. Niedawno nawet się z Solei nieco posprzeczaliśmy z tego powodu. Tzn. raczej to było przekomarzanie, bo chyba nie można nazwać powodem kłótni treści snu...? Tak czy inaczej sam sen w sobie, patrząc egoistycznie był całkiem... oryginalny... choć jak przypominam go sobie dokładniej, miało to w moim odczuciu jakiś głębszy sens. Wolałbym jednak zobaczyć w nim inną osobę. Drugą połówkę...
A może i nie, lepiej zapomnieć o tym całym badziewie. Głupi sen. Mocno.
A teraz... a teraz przygotowania do mini-zlotu. Dwa egzaminy: sobota - wstęp do nauk prawnych (mam do zrobienia jeszcze 5 zagadnień do godziny mniej więcej 17 [przyjeżdża Solei], na ogólną sumę 20), niedziela - filozofia, a dokładniej etyka i metafizyka... nic z tego jeszcze nie umiem (tzn. uczyłem się kiedyś, ale do powtórzenia jeszcze trochę zostało... nikt nie mówił, że trzeba spać całą noc...). We wtorek natomiast normalny egzamin z ekonomii. Jak znów nie zaliczę, to się mocno zdenerwuję. A po wtorku, niestety późno to późno, ale zapewne napieram do Solei, do S. Taki mały, walentynkowy prezencik. Niestety jawny.
A kolejny weekend to znowu zlocik, tym razem z dodatkowymi przedmiotami, ćwiczeniami nie tylko językowymi i powywracanymi do góry nogami godzinami. Nie wiem co mam tam wziąść, ile, na ile i w ogóle nic nie wiem:P
Muszę to jeszcze przemyśleć... Tymczasem...
Pozdrawiam.

aparatka2 | robert-rob | naukajazdywroclaw6 | tesknie | best-and-friends | Mailing