Archiwum - kwietnia 2007

Kolejna notka z cyklu przemyśleń...
A może tu nie ma wcale żadnego cyklu? Tylko bezwiedne słowa, rzucane gdzieś w przestrzeń? Jak odbicie tego, co raz po raz przychodzi do głowy - dłuższa refleksja, nawet nie głębsza, po prostu bardziej dobitna.
Chyba Żubr pozwala mi to wyostrzyć, normalnie nie mam na to czasu.
Być może nie wygląda, ale przecież większość rzeczy dzieje się w nas. Nie tam, gdzie ludzie patrzą, tylko właśnie tam, gdzie nie mogą nic dostrzec.
Nieczęsto tu wpadam. Tak, wiem. Ale chęci jakoś brak, może czasu też?
Sesja się zbliża. Zapewne nie tylko mi, prawda?
Ale dla mnie to powód do kolejnych stresów. Nie takich, jak dla Was. Przynajmniej większości.
To coś głębszego. Chyba jakiś contra - komplex. Nie mówię, że jestem idealny. Dlatego chyba niektóre te niedoskonałości próbuję sobie w jakiś pokraczny quasi sposób zrekompensować, udowadniając niektóre rzeczy...
Jakie? No, niech to już zostanie moje.
Ponownie zauważam część bezsensowności tego dziwnego życia. Nie, żebym chciał się zaraz chlastać. To nie to, nie ta półka.
Po prostu wydaje mi się, że nasze życie jest złożone z bardzo niewielu integralnych, nierozłącznie połączonych ze sobą części, fragmentów które jedne bez drugiego przestaje istnieć.
Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało znowu, że jest źle i be, że jestem niezadowolony kompletnie ze swojego cichego życia. To nie tak. Tak naprawdę, między Nami ostatnio jest coraz lepiej. Są ofkoz jednorazowe zgrzyty, ale ogólnie po ostatnich większych schodach jest dobrze. Szczególnie to zauważyłem po dzisiejszym seksie. Może to obcesowe, ale... nie muszę się tłumaczyć.
Chodzi mi raczej o tą dziwną monotonię, w którą sam się poniekąd wtłoczyłem... Wszystko szybko, wszystko lepiej, więcej... zajebiście dziwna sprawa... w pracy więcej, lepiej, mimo niesamowitych braków chęci, kurwa aż przerażających. Swoje trzeba zrobić. Kiedy dochodzi do tego sesja, do której trzeba się najpierw psychicznie nastawić, bo tyle tego wszystkiego jest, że naprawdę słabo się robi...
Szkołę trzeba więc łączyć z pracą. I to jak najbardziej efektywnie. Nie wspominając o domu. O dziewczynie, narzeczonej. Jej też trzeba poświęcić nieco uwagi. A Ona się tego domaga. Nie dziwię się, przecież to normalne, że chce ze mną spędzić trochę czasu. W końcu po coś mieszkamy razem. Chyba właśnie po to, żeby razem spędzać więcej czasu. Jednak są też w moim życiu pasje, które mnie przyciągają niczym magnez(s?) [ten co przyciąga], przez które niestety odstawiam niekiedy, nawet nieświadomie i niechcący, moje Kochanie na drugi plan.
A tak w ogóle to straciłem główny wątek... jak zawsze...
Zaczynam odczuwać coś w rodzaju ciśnienia. Wcześniej niezidentyfikowane, teraz coraz bardziej nabierające kształt.
A może to tylko coś na kształt lenistwa...? To, że się nie chce czegoś zrobić, to jedno. Jednak psychiczny przymus wyrabiania norm jest.
Gadaliśmy wczoraj w pracy... gościu, który robił normy prawie we wszystkim na 120%, rzucił to w pizdu. Dlaczego? Za mało płacili? Wątpię. Za dużo pracy? Prawdopodobne. Za duże ciśnienie? Możliwe.
Podobnie jest tu. Tylko na niższym szczeblu. Trzeba robić wiele rzeczy. Praca, efektywność, kasa, szkoła, sesja... Szkoda, że te święta trwają 2 dni z hakiem.
Odpocząłbym jakoś. Jak? Jeszcze nie wiem.

fafarafa | milutka86 | serduszko-karolinki7 | militarnehobby | diabelniespi-zbylekim | Mailing